Muszę przed sobą przyznać, że ta drobna wycieczka wywoływała we mnie więcej radości niż niejedna „wyprawa” w obce krainy. Tak się jakoś składa, że im robię się starszy i im więcej widziałem, tym mocniej podoba mi się to co swojskie, nasze i...nieznane. Nigdy nie podróżowałem po Polsce i tak naprawdę, nie wiem jak ona naprawdę wygląda, więc mam braki do nadrobienia przez następne lata. Kiedy byłem dzieckiem z wypiekami na twarzy oglądałem w wakacje kolejne powtórki starych seriali („Pan Samochodzik i Templariusze”, „Podróż za jeden uśmiech” czy „Wakacje z duchami”), czytałem książki Bahdaja i nasiąkałem atmosferą przygody spędzonej gdzieś pod murami gotyckich zamków. Niestety, nigdy nie było mi dane takowej przeżyć, ale jak widać, owe dziecięce fascynacje nadal gdzieś we mnie żyją, skoro na widok panoramy starego Torunia moje serce nieomal wyskakuje z klatki piersiowej.
Niestety, gdy dotarłem na miejsce, miasto skąpane było w deszczu. Jednak pogoda pod psem nigdy mi nie przeszkadza, więc wyruszyłem przed siebie – była dziewiąta rano, sobotni poranek, a ja wędrowałem po pustych uliczkach, ciesząc się z tych kilku chwil oderwania od galopującej codzienności. Zatrzymałem się w restauracji na kawie i posiłku. Obok mnie, nielicznych przechodniów zaczepiała starsza pani, chyba cyganka, oferując wróżenie z rąk. Nie zdziwiło mnie to, że obsługa knajpy jej nie wygania, ale to, że co, mniej więcej, piąta zaczepiona osoba korzystała z jej oferty – młodsi, starsi, eleganccy i wytarci, nie było reguły. Dziwne prawda?





Toruń to nie tylko miasto pełne pięknych zabytków, ale i miejsce, które kojarzy mi się z kinematografią oraz ... humorem. Pal licho młodzieżowe seriale sprzed pięciu dekad, ale na miłym bulwarze nadwiślańskim kręcono przecież pierwsze sceny kultowego „Rejsu”. Dzisiaj okoliczne mury zdobione są cytatami z tego filmu. Pomysłowi mieszkańcy z czasem dodali kolejne wpisy, tym razem czerpiąc nie z komedii, a ze złotych ust naszych polityków, którzy perorują o spływającej wodzie, szczawiu, bijących ich Niemcach albo narzekających na to, że w obecnej Polsce to już nawet kraść się nie da jak dawniej. Śmieszne to i straszne zarazem.




Nie wiedziałem, że jeden z moich ulubionych filmów, westernowe „Prawo i Pięść” również powstał w tym mieście – anonimowe, opuszczone i symboliczne Sławno grał m.in. rynek Nowego Miasta. Wydarzenie to upamiętnia niewielki pomnik w postaci wyładowanego skromnym mieniem przesiedleńczym wózka. Rok temu musiałem go nie zauważyć, a przecież ten film należy do mojego kanonu klasyków, czyli dzieł takich, które oglądam często i wracam do nich niczym do inni wracają do dobrej muzyki. Jeżeli już przy muzyce jesteśmy, „Prawo i Pięść” zaczyna się przecież pięknym utworem w wykonaniu zupełnie zapomnianego Edmunda Fettinga.


Chociaż obszar historycznego Torunia nie jest duży, z przyjemnością wędrowałem po jego zaułkach do ciemnej nocy. Natrafiałem na różnego rodzaju ciekawostki – śmieszne sklepowe witryny, zapuszczone fronty, zapomniane ozdoby, odrapane mury, które tworzyły fantazyjne kształty. Skromność i przeszłość mieszała się z prestiżem i dążeniem ku nowemu, lepszemu życiu. Czasem chyba jednak na wyrost. W okolicach ruin Zamku Krzyżackiego grała muzyka, eleganckie restauracje wylewały się na ulice gwarem rozmów. Pachniało Zachodem, tym bardziej, że język polski ginął pośród szmeru gości z całego świata. Po zmroku reflektory rozświetliły mrok, odsłaniając nowe pokłady urody tutejszych budynków. Ale mimo wszystko, nie dało się nie zauważyć także objawów smutnej rzeczywistości – mnóstwo siedzib banków, obowiązkowe Kasy Stefczyka, sex shop, a także kilka lombardów, które jasno dają do zrozumienia, że w Toruniu wcale nie jest tak różowo jakby się mogło wydawać. Nocą na ulicach pojawiało się coraz więcej podchmielonych grupek nastolatków, którzy zdawali się coraz odważniej „szukać przygody” wyrysowanej na czyjejś twarzy.







Po miłej nocy w moim hotelu (i równie miłym śniadaniu), wyruszyłem jeszcze podziwiać miasto o świcie. Tym razem świeciło już piękne słońce, co tylko wzmocniło we mnie przekonanie, że wizyty w Toruniu staną się moim rokrocznym zwyczajem. I kto wie, może następnym razem przekroczę granicę pomiędzy jego nową, a starą częścią...

