Pojechać, najlepiej z wycieczką bo się człowiek zgubić przecież może!, zobaczyć to i tamto, zrobić sobie zdjęcie na tle wieży Eiffla - takie marzenie każdej ustatkowanej rodziny...
Odwiedzić Paryż – w tym zdaniu nie ma nic z tajemnicy, przygody, niedopowiedzenia. To przecież jedno z najbardziej zadeptanych miejsc na świecie, którego każdy kąt znalazł tysiące swoich amatorów. Kochać Paryż to jak kochać jeść, pić i śmiać się. A jednak, każdego dnia uwodzi on kolejne osoby, nawet tak oporne uczuciom wyższym jak ja. Bo powiedzieć trzeba i przyznać się przed samym sobą, że ów Paryż i mnie przypadł do gustu, chociaż wypowiadam te słowa cicho, nieśmiało, samemu nie wierząc w to co piszę.
Tym razem poleciałem tam w ramach tzw. wyjazdu służbowego. Niestety, a może i stety, przez nadgorliwość organizatorów i fakt, że wszystko było załatwiane podczas mojej nieobecności, cały pobyt trwał ledwie dwie noce. Na obcowanie z tym „miastem miast” nie było więc praktycznie czasu, bo wróciliśmy od razu po zakończeniu części formalnej. Spędziłem dobre kilkanaście godzin zamknięty w hotelowej piwnicy, w nudnej sali, na nudnym szkoleniu, a tuż nad moją głową wibrował ów wielki, piękny i inspirujący Paryż...
Jednak i taki wyjazd miał w sobie spory ładunek ciekawostek, które już na zawsze będą kołatać się gdzieś w mojej głowie. Od samego początku czuć było, że Fortuna nie może zdecydować się czy nas zanudzić czy też może zaskoczyć osobliwościami. W pierwszej kolejności spotkaliśmy najdziwniejszego stewarda świata. Strzelał ciężkimi żartami, zaczepiał zdziwione jego zachowaniem emerytki, do nas zaś puszczał zawadiacko oko - „zobaczcie co wymyślę zaraz”. Spektrum pomysłów miał niemałe, pośród nich wymienić można m.in. żonglowanie sokami, nalewanie wrzątku do kubka z wysokości metra, rzucanie śmieciami przez pół samolotu, a także to w czym Francuzi są najlepsi (a przynajmniej, tak im się wydaje), czyli podrywanie reprezentantek płci pięknej. I to wszystko na pokładzie Air France, najnudniejszej linii lotniczej świata!
Gdy dotarliśmy do hotelu (taksówką!) również nie mogliśmy przestać się śmiać. Chociaż nasze szkolenie odbywało się w innym miejscu, nam, to jest Polakom, zarezerwowano noclegi "nieco" tańsze i skromniejsze. Cała reszta naszych kompanów, począwszy od Argentyńczyków, poprzez Rosjan, kończąc na Nigeryjczykach, spała w pięciogwiazdkowym hotelu kilka kroków dalej... Tymczasem, nasz przybytek okazał się wąską i malutką dziurą, nieco wytartą, ale nie pozbawioną atmosfery. Mnie się tam bardzo spodobało, no ale ja nie jestem wymagający i generalnie rzadko wybrzydzam. Prowadzący hotel wyglądał niczym wyciągnięty z klasycznego francuskiego filmu – siwy, lekko pochylony pan, z dużymi okularami i wąsem. Nawet jeżeli tego wąsa nie miał (pamięć bywa zawodna), to powinien go zapuścić, bo by mu idealnie pasował. Jakby tak jeszcze założył beret, a w ręku trzymał bagietkę i czerwone wino, wyglądałby jak ucieleśnienie typowego mieszkańca Francji. Na piętra mogliśmy wjechać windą. To była chyba najmniejsza winda świata, a już na pewno, najmniejsza winda Paryża. Mieściła góra dwie osoby i to pod warunkiem, że odpowiednią staną i że... nie mają lęku przed zamkniętymi przestrzeniami, jak i bliskim przebywaniem obok kompana przejażdżki. Alternatywą były najmniejsze schody Paryża, kręte i trzeszczące.
Pokoje były równie niewielkie co cała reszta. Gdy włączyłem telewizor (wiadomo, niewielki) okazało się, że jedna ze stacji puszcza akurat Fantomasa z Louisem de Funesem. Nie powiem, lubię tego aktora i tę serię filmów, a akurat w tym momencie, idealnie wpasował się on w całość wyjazdu, gdzie rzeczy dziwne mieszały się z pozbawionymi subtelności stereotypami. W tym samym czasie gdy komisarz Juve ścigał Citroenem DS zamaskowanego złoczyńcę, cała Polska żyła faktem, iż Robert Lewandowski strzelił cztery bramki Realowi Madryt w półfinale Ligi Mistrzów...
Niestety, poza kilkoma godzinami spędzonymi wieczorami na zewnątrz, praktycznie nie udało się obejrzeć Paryża na spokojnie. Zjedliśmy kilka smacznych posiłków – każdy z nich zajmował dobre dwie godziny, ponieważ kelnerom się nie spieszyło... Pokręciliśmy się tylko trochę po Montmartre, zobaczyliśmy bazylikę Sacre Coeur, wypiliśmy piwo, a może dwa w spokojnym barze, gdzie obsługujący nas kelner mieszał pracę z paleniem jointa i... to by było na tyle. Wystarczająco jednak dużo, by chcieć do Paryża wrócić i na spokojnie powałęsać się po jego wydeptanych zaułkach.





