czwartek, 28 marca 2013

28.03, Ostatnie chwile w Colombo

Ostatni dzień na Sri Lance! Minęło szybko, chociaż z drugiej strony, te kilkanaście dni złożyło się na tak intensywne doznanie, że miałem wrażenie, iż natłok wydarzeń zagiął czasoprzestrzeń. Dni wypełnione były po brzegi i zostawiły po sobie bogate wspomnienia. Każda z chwil spędzonych na wyspie była inna, każda zmiana niosła za sobą coś świeżego, odkrywczego. Ten korowód przygód, muszę przyznać sam przed sobą, mógłby dla mnie trwać i trwać, ale przyszła pora na wyczekiwany już powrót do domu. Przede mną ostatni akord – stolica kraju, Colombo. Późnym wieczorem zaś lotnisko i lot powrotny przez Dubaj do Warszawy.

Zazwyczaj staram się zaczynać i kończyć podróż w tym samym miejscu. Pozwala to domknąć pobyt w jedną, zamkniętą całość. Jest to także okazja do wzruszeń, refleksji i zaglądania w znane kąty innym, bardziej doświadczonym spojrzeniem. Jednak tym razem zdecydowałem się ominąć Negombo, gdzie spędziłem pierwszy dzień. W tym miasteczku widziałem prawie wszystko, a to czego nie widziałem … już niekoniecznie chciałem oglądać. Negombo było zdecydowanie najmniej ciekawym miejscem jakie odwiedziłem. Wybór na ostatni dzień padł więc na stolicę, miasto za którym ciągnie się umiarkowanie pozytywna sława miejsca, które w podróży po Sri Lance można sobie śmiało darować. Colombo jest inne od reszty wyspy – betonowe, zatłoczone, kosmopolityczne, bardziej niż interior podzielone frontem bogactwa i biedy, w końcu także pozbawione nimbu metropolii, bo ogołocone z zabytków. A przynajmniej, tak słyszałem.

Chciałem tam jechać pociągiem, ale kolejny raz wybór padł na autobus. Wygrała moja wygoda, jak i chęć dotarcia na miejsce jak najszybciej. Wsiadłem więc do pojazdu, który już na mnie czekał i po chwili już pędziliśmy w kierunku stolicy. Jak sumiennie wyliczyłem, na podróżach po bezdrożach Cejlonu spędziłem ponad czterdzieści godzin!

Moją uwagę zwrócił kierowca. Miał kręcone włosy i urodę typowego Portugalczyka. Widać w jego żyłach płynęła krew europejskich kolonizatorów, która nadal dominowała nad azjatyckim genotypem. Galle jest nieformalną stolicą Burgherów, czyli tych mieszkańców wyspy, którzy w prostej linii pochodzą od Holendrów, Portugalczyków czy też Anglików, potomków tych którzy osiedlili się na wyspie i wrośli w jej społeczeństwo. Część z nich do dzisiaj stanowi elitę, jednak zdarzają się i tacy, którzy dzielą z „rodowitymi” Lankijczykami ciężką dolę. Tych drugich spotykałem zdecydowanie częściej – pamiętam chociażby starą kobiecinę otoczoną wianuszkiem wnuczków i suszącą zioła w Trincomalee, czy chociażby zapijaczonego robotnika obładowanego workami z piaskiem gdzieś pośrodku drogi do Kandy... Od reszty ludzi dookoła nie różniło ich nic, z wyjątkiem jasnej karnacji i rysów twarzy, które równie dobrze można by było spotkać niemal wszędzie na Starym Kontynencie.

Co stolica, to stolica, chciałoby się krzyknąć. Najpierw autobus stał w długich korkach, zlokalizowanych gdzieś pomiędzy gęstą, betonową dżunglą dookoła. Po tych wszystkich dniach z dala od wielkich miast, harmider metropolii uderzał we mnie ze zdwojoną siłą, wywołując na równi ciekawość, jak i przerażenie godne człowieka z prowincji. Po wysiadce niemalże zostałem rozszarpany przez kierowców tuk-tuków dla których byłem łakomym, spoconym kąskiem. Spławiłem wszystkich i znalazłem takiego, który siedział w swoim pojeździe rozwalony niczym król na włościach. Wybudziłem go z drzemki i kazałem zawieźć się do hotelu. Po drodze oczywiście próbował przekonać mnie, że tenże przybytek już nie istnieje, jest brudny, śmierdzi, jest drogi i położony w niebezpiecznej dzielnicy, ale ostatecznie darował sobie dalsze próby zarobienia prowizji i grzecznie się zamknął (w czym pomóc mogła moja propozycja, by skupił się na jeździe a nie gadaniu). Wiadomo, Stolica!

Hotel był duży, a mój pokój wręcz ogromny. I do tego, czysty. Wiadomo, Stolica! Szybko jednak opuszczam te miłe cztery kąty i wyposażony w mapkę idę zwiedzać Colombo. Chciałem najpierw zobaczyć Kościół Wolfendahl, jeden z najstarszych zabytków kolonialnych na całej wyspie. Żeby tam dotrzeć, najpierw musiałem przejść przez gęste od ludzi, dzielnice „handlowo-usługowe”. Mijałem długie rzędy sklepów, gdzie sprzedawano części samochodowe. Potem trafiłem w okolice, gdzie mieściły się zakłady naprawiające tuk-tuki. Od zapachu smarów i olejów powietrze było jeszcze gęstsze niż normalne, a zapamiętam ten dzień jako jeden z najbardziej upalnych na Sri Lance. Ludzie mieli posępne i spracowane oblicza, a domy dookoła były brudne, odrapane i zaropiałe.


Idąc przed siebie, trafiam nawet do dzielnicy wypchanej blokami mieszkalnymi. Ich architektura, czy może raczej „architektura” jak żywo przypominała nasze zagłębia beznadziei wybudowane w latach 60-tych czy 70-tych (być może zresztą powstały w ramach współpracy pomiędzy państwami bloku „antykapitalistycznego”). Te w Colombo były jednak bardzo zapuszczone, znajdowały się w stanie kompletnej ruiny i przechodząc obok nich bezwiednie przyspieszyłem kroku.


Mijane okolice w ogóle nie pasowały do obrazu Sri Lanki jaki sobie pieczołowicie budowałem przez ostatnie dni. Colombo rzeczywiście odstawało od reszty kraju, było osobliwością, a może nawet i wynaturzeniem na zdrowej tkance. Wędrowałem po ulicach, które przypominały mi miasta, których pewnie nigdy nie odwiedzę, a które jakby znam z relacji i zdjęć robionych chyłkiem przez odważnych – Karaczi, Kabul, Bagdad. Budynki wyglądały zupełnie jakby jeszcze niedawno przetoczył się po nich wojenny front, straszyły zniszczone, powyginane kikuty, po których wspinała się tandetna nowoczesność, zalewająca wszystko betonem, który świeżo po wylaniu już wyglądał na stary i wytarty. Widziałem sporo metropolii-maszkar, ale stolica wyspy okazała się pod tym względem doprawdy osobliwa. Sri Lanka widać do samego końca postanowiła mnie zaskakiwać i kolejny raz jej się to w pełni udało.



Ludzie dostosowali się do otoczenia, zaadaptowali się do warunków pod każdym względem – z roześmianych ludzi interioru przepoczwarzyli się w większości nieufnych, posępnych, wymęczonych i rozbieganych. To wciąż za mało, by wywołać jakiekolwiek poczucie zagrożenia, ale czuć było, że jestem zdecydowanie nie na swoim miejscu. W większości napotykałem na Muzułmanów. Ich białe czapki zalewały ulice. Dorośli nosili długie brody, zaś kobiet najczęściej nie widziałem w ogóle. Troska o otoczenie znajdowała więc swoje wytłumaczenie, być może ksenofobiczne, ale niestety, całkiem uzasadnione. W norowatych wnękach w najlepsze trwał więc handel – mięsem halal, przedmiotami z plastiku bądź inną tandetą. Na każdym kroku napotykałem kolejne meczety. Duże, średnie, małe i malutkie. Brzydkie i bardzo brzydkie. W tej swojej części, Colombo było miastem opanowanym przez islamski żywioł – bezczelny, ekspansywny, może jeszcze nie wrogi, ale już nie przyjacielski (poza jednym wyjątkiem, który jak wiemy, zwykł potwierdzać regułę).






Sam kościół Wolfendahl ani od środka ani z zewnątrz nie prezentował się szczególnie imponująco. Jego jasna, lekko barokowa sylwetka na tle kolorowej biedy dookoła, wyglądała jakby została wyjęta z innej rzeczywistości. Wnętrze budynku było proste, neoklasycystyczne, pozbawione jakiejkolwiek rozpusty czy przesady. Najciekawsze, znowuż, były rozliczne płyty nagrobne europejskich osadników, na oglądaniu których spędziłem sporo czasu.








Potem wędrowałem przez handlowy rozgardiasz dzielnicy Pettah. Szybko się zgubiłem, podążałem więc w bliżej nieokreślonym kierunku wyznaczanym przez intuicję. Chaos ulic w połączeniu z upałem mocno dawał mi się we znaki. Pociłem się jak szalony, zupełnie jakby mój organizm, przeczuwając, że następna ku temu okazja może nieprędko się pojawić, postanowił wyrzucić z siebie wszelki zbędny balast. Kawałek dalej rozpoczynała się dzielnica o nazwie Fort, jednak z dawnych umocnień nie zostało nic poza właśnie ową nazwą. Trzeba uczciwie przyznać, że Colombo, chociaż jest na swój sposób fascynujące, to miasto które nie przypadnie do gustu chyba nikomu normalnemu. Mnie podobał się ów azjatycki pierdolnik, ale świadomość, że to już ostatnie godziny podróży też zapewne robiła swoje. Gdybym, tak jak wstępnie planowałem, przyjechał tu na dwa pełne dni, zapewne bym tego pożałował. W tamtej jednak chwili, po prostu się cieszyłem każdym widokiem.



Stolica ma również swoje „nowoczesne” oblicze. Kawałek dalej zaczyna się prestiżowa dzielnica, gdzie znaleźć można imponujące budynki rządowe (zakaz fotografowania!), kilka drogich hoteli, biurowce i spokojne, ocienione aleje po których dostojnie przetaczają się eleganckie samochody. Zachowało się tam również kilka pozostałości kolonialnych po Brytyjczykach. Trafiając w to miejsce w pierwszej kolejności można by pomyśleć, że Sri Lanka to względnie majętny kraj, podążający ścieżką stabilnego rozwoju.



Największą atrakcją Colombo jest nadmorski pasaż, tzw. Galle Face Green. To ulubione miejsce spacerów i wypoczynku jego mieszkańców. Wyobraźnia podpowiada kaskady zieleni tuż nad błękitnym oceanicznym brzegiem. Rzeczywistość jest jednak zgoła inna. Na deptaku nie ma nic, ani jednego drzewa czy palmy. W praktyce jest to duży, otwarty teren o barwie wypłowiałego na słońcu piasku. Tubylcy puszczają na nim latawce, grają w krykieta, jedzą posiłki albo gapią się na fale. W kilku skromnych budkach czekają na amatorów lody z salmonellą, przesłodzona wata cukrowa albo ciepłe napoje. Największą zaletą miejsca jest cisza. Teren znajduje się daleko od ruchliwych dróg, nawet linie kolejowe, biegnące wzdłuż Oceanu, skręcają w głąb lądu, zostawiając Galle Face Green nieskalane stukotem kół.




Z każdym krokiem oddalałem się od hotelu idąc przed siebie główną arterią miasta, Galle Road. Jak sama nazwa wskazuje, prowadzi ona na południe, a kończy się właśnie w Galle. To na niej stałem w długich korkach tak rano, jak i kilka dni wcześniej. O tej porze była jednak pusta i w miarę spokojna. Wędrowałem raz jedną, raz drugą jej stroną w poszukiwaniu kilku księgarń zaznaczonych na mapce w przewodniku. Zachciało mi się kupić książkę o lokalnej historii i niemalże od samego początku tego urlopu szukałem miejsca, gdzie mógłbym takową znaleźć. Stolica była ostatnią deską ratunku. Ostatecznie, po odwiedzeniu chyba wszystkich przybytków tego typu w Colombo, udało mi się znaleźć jedną, względnie sensowną pozycję. Zajęło mi to dobre trzy godziny, podczas których snułem się po nudnej, nijakiej okolicy. Uradowany mogłem wracać do hotelu. Próbowałem pokonać miejską gęstwinę na własnych nogach, ale po kilku kilometrach zwątpiłem czy dam radę i wsiadłem do pierwszego, lepszego tuk-tuka. Jego kierowca miał mętny wzrok, żuł liście khatu (czyli „czuwaliczki jadalnej”), co chwila wypluwając z ust paskudną czarną ulepę. Właściwości stymulujące tej rośliny znane są od starożytności, obecnie zaś kojarzona jest ona głównie ze światem Felix Arabia, a w szczególności z plemiennym Jemenem. Z tego co słyszałem, jej popularność na Sri Lance jest również ogromna, ale dopiero teraz pierwszy raz widziałem kogokolwiek kto ów khat żuł. Kierowca pruł przez miasto jak szaleniec, co chwila zawadiacko zerkając na swoich rywali na drodze.

W swoim pokoju odświeżyłem się i przebrałem w przygotowane na tę okazję ubrania. Wydawało mi się, że jestem czysty ponad miarę, ale w domu Ania uświadomiła mi, że wszystko na mnie przesiąknęło azjatyckim smrodem... No cóż, podróż po wyspie nie należała do wygodnych wycieczek, a po wszystkim czułem tak radość z dobrze wykorzystanego czasu, jak i niemałe zmęczenie. Przed północą, niczym po Kopciuszka, przyjechała po mnie zamówiona taksówka i po ponad godzinie jazdy byłem już na lotnisku. Kolejna przygoda dobiegła końca, zaś w domu czekało na mnie zupełnie nowe życie, które, któż to może wiedzieć, być może zastąpi moją wieloletnią poriomanię... :)