wtorek, 26 marca 2013

26.03, Klejnot Wschodnich Niderlandów

Po dwóch dniach w deszczu i chłodzie, nie mogłem doczekać się na kolejną zmianę. Moje ubrania były przemoczone po wczorajszej eskapadzie, a przez noc, zamiast wytracić wilgoć, zdawało mi się, że jeszcze bardziej nią nasiąkły. Przywitał mnie ranek ponury i zwiastujący kolejne deszczowe chwile. Jednak ja zamierzałem być już daleko stąd. Moja podróż zbliżała się do finału, ale czekałem na niego z niecierpliwością. Tego dnia chciałem dotrzeć do Galle, urokliwego, post-kolonialnego miasteczka na południowym wybrzeżu Oceanu Indyjskiego. Gdy planowałem trasę to miejsce pojawiało się w każdej rozważanej opcji. Inne znikały i ich obecność była płynna, fakultatywna, ale Galle było punktem obowiązkowym, kwintesencją, perłą w koronie. Interesowało mnie bardziej niż starożytne zabytki, plaże czy dżungle... Zastanawiałem się jedynie czy aby ta niewielka przecież mieścina będzie w stanie sprostać moim wyobrażeniom, jak i oczekiwaniom.

Już kwadrans po siódmej rano siedziałem w busiku jadącym do stolicy, Colombo. Stamtąd, przesiąść się miałem do kolejnego autobusu jadącego do Galle, by po łącznie siedmiu, może nawet ośmiu godzinach zameldować się na miejscu. Mój plecak cuchnął, sprawiał wrażenie lepkiego, rozkładającego się worka. Wnętrze pojazdu szybko wypełniło się zawstydzającą wonią wilgotnych butów i ubrań. Jechaliśmy szybko, zjeżdżając z górskich wysokości, sunąc przez skręcające wokół wzgórz drogi, żegnając się z zielonymi polami herbaty. Po pewnym czasie, długim czasie dodajmy, liche zabudowania zaczęły robić się coraz to poważniejsze. Drewniane baraki zaczęły ustępować murowanym budynkom, coraz częściej zaczęły pojawiać się duże reklamy, których roześmiany świat ani na moment nie stawał się mniej irracjonalny w tym otoczeniu. Był to niechybny znak, że wjeżdżaliśmy powoli do największej, i jedynej aglomeracji na całej wyspie. Tam, po kilkudziesięciu minutach stania w korkach, po raz pierwszy od dawna widziałem Cywilizację i Współczesność. Niezbyt do nich tęskniłem, ale tym razem jeszcze udało mi się uciec z ich chciwych objęć. Szybko znalazłem właściwy bus do Galle i nie minęła chwila, gdy już jechałem wzdłuż południowego wybrzeża. Trasa była przepiękna. Zza budynków co chwila wyzierał widok na majestatyczny, błękitny Ocean. Od czasu do czasu droga wiodła tuż obok pasa piasku, a bliskość wody sprawiała, że zmęczenie i wymiętoszenie podróżą uleciało gdzieś daleko ode mnie. Jednak uroda tego pejzażu była tyleż magnetyczna, co i zwodnicza. W grudniu 2004 roku zginęły tu tysiące osób. Być może ofiar byłoby mniej gdyby nie to, że ciekawskich przyciągnęło bliżej niespotykane wcześniej zjawisko. Morze zniknęło. Woda wycofała się daleko poza horyzont, odsłaniając dno. Po pewnym czasie morze wróciło, atakując wybrzeże z impetem i brutalną bezwzględnością. Przerażeni ludzie nie mieli czasu na ucieczkę.

W Galle przywitał mnie skwar, duchota i upał. Z radością zarzuciłem plecak na plecy, żegnając nową, betonową część miasta i powędrowałem w stronę ogromnych murów, które otaczają starą, niderlandzką dzielnicę. Przekroczyłem masywną bramę wjazdową (która przebili w umocnieniach w XIX wieku Anglicy), skręciłem w niepozorną uliczkę i szybko zameldowałem się w swoim hotelu o nazwie pięknej i dźwięcznej – Old Dutch House. Po odświeżeniu się szybko wyszedłem na zewnątrz, by delektować się przeszłością wyzierającą z każdego zakątka uroczego Galle.



Ślady ludzkiej bytności w tym rejonie sięgają tysięcy lat wstecz. Na miejscu dzisiejszego miasta niegdyś istniały tu skromne i spokojne rybackie wioski. Docierali do nich niestrudzeni kupcy z odległej Arabii, a nawet Chin. Po okolicznych wodach pływał Sindbad Żeglarz, jeden z bohaterów Baśni Tysiąca i Jednej Nocy. Nowożytna historia Galle zaczęła się w XVI wieku, gdy przybyli tu pierwsi Europejczycy. Portugalczycy zbudowali niewielki fort, który w 1640 roku zdobyli Holendrzy, rozpoczynając półtora wieku swojej dominacji nad regionem. Galle zyskało status jednego z najważniejszych, obok Batavii, ośrodków handlowych potężnej Kampanii Wschodnio-Indyjskiej. W ślad za osadnikami, kupcami i żeglarzami przyszły ogromne pieniądze pochodzące z intratnego obrotu przyprawami i innymi dobrami. Nic dziwnego, że majętni mieszkańcy Cejlonu zapragnęli, by tropikalne Galle przypominało im kawałek ojczyzny z dala od rodzinnego Amsterdamu, Hagi czy Utrechtu. Rozbudowano mury fortecy, zapewniając sobie ochronę. Wybudowano rozliczne budynki, z których spora część istnieje do teraz. Niewielki obszar lądu wcinający się w wody Zatoki zaczęły przecinać uliczki wytyczane przez kościoły, rezydencje, obiekty wojskowe. To wtedy Galle zyskało swój subtelny, europejski sznyt, zupełnie odmienny od azjatyckiego żywiołu wyspy. Można przypuszczać, że jego mieszkańcy, po których do dzisiaj została nieliczna biała mniejszość, byli tu wyjątkowo szczęśliwi, a ich życia były długie i pełne sukcesów. Miasto w 1796 roku przejęli Brytyjczycy. Jego znaczenie z czasem podupadało, aż w XX wieku stało się ono tym czym jest do tej pory – przyjemną, piękną, kusząca, ale nadal, głęboką prowincją, pozostającą w cieniu molocha z Colombo.





Zwiedzałem to miejsce zachłannie. Wędrowałem wzdłuż uliczek, zaglądałem za strojne, dekoracyjne drzwi tutejszych willi. Oprócz gęstego ciągu budynków mieszkalnych, w Galle znaleźć można kilka kościołów – jeden z nich, położony tuż przy wybrzeżu, przerobiono z czasem na meczet. Chrześcijańską historię przypomina nadal elewacja i styl architektoniczny, przywodzący na myśl Barok.




Jak przystało na nadmorskie miasteczko, obowiązkowym punktem jest latarnia morska, biała i dostojna, aczkolwiek powstała ona dopiero w 1936 roku, zastępując poprzednią, która uległa zniszczeniu.


Ładnie i cicho było na Placu Sądowym (Court Place). Dużą, pustą przestrzeń zdobiły ogromne drzewa, których warkocze zwisały tuż nad ziemią. Jeden z boków placu zamykał biały budynek sądu, w niepozornych drzwiach obok, znaleźć można było lokalnych prawników gotowych na pomoc przed Majestatem Władzy. Najciekawszym budynkiem był jednak pobliski Holenderski Skład, jak można byłoby przetłumaczyć Dutch Warehouse. Długi, o nieokreślonej barwie gdzieś pomiędzy pomarańczą, żółcią a wypłowiałym brązem, był milczącym świadkiem i dowodem na okres handlowego prosperity w XVII wieku. Nad bramą wjazdową widniał m.in. herb Kompanii Wschodnio-Indyjskiej – jakby nie patrzeć, była to najstarsza międzynarodowa korporacja, protoplasta dzisiejszych Procter & Gamble, Nestle, Reckitt Benckiser i innych podobnych im, bukanierów współczesnych globalnych rynków. Nikogo nie powinno zdziwić to, że lubiłem ten widok szczególnie i często przychodziłem na plac, tylko po to, by popatrzeć się na te imponujące pomniki upamiętniające owych odważnych europejczyków, którzy szukali fortuny i szczęścia tak daleko od swych domów...







Galle przypominało mi te wszystkie małe faktorie na końcu świata, które odwiedzałem oczami wyobraźni będąc dzieckiem. Przypominało mi czasy gdy grałem w gry komputerowe i byłem zajęty podbijaniem świata i zarabianiem pieniędzy – w „Pirates!” czy „Colonization” (obie autorswa tego samego człowieka, Sida Meiera). Przywoływało obrazy filmów, które dekady temu oglądałem bez końca - „Piraci” Polańskiego, „Karmazynowego Pirata” z Burtem Lancasterem czy „Swashbuckler” z Robertem Shaw.

I chociaż Sri Lanka to nie Karaiby, to tutaj znalazłem najpiękniejsze bodaj, pocztówkowe dowody na kolonialną potęgę sprzed wieków. Łagodność Azjatów i prowincjonalność dawnego Cejlonu dały jeszcze raz znać o sobie – w przeciwieństwie do innych regionów świata, tutaj nikomu nie przeszkadzało to miasto prosto z przeszłości. Nikogo nie kusiło, by po ogłoszeniu niepodległości zniszczyć je w ramach swoistego rewanżu za lata niewoli. Nikt nie wpadł na pomysł, by na jego miejscu wybudować dzielnicę szklanych wieżowców albo zalać je betonem. Zachowało się więc niemal w całości, zakonserwowane, nienaruszone niczym poza zębem czasu, nadal gotowe cieszyć oczy przybyszy.


Zachód słońca podziwiałem przy fortyfikacjach. Słońce szybko zniknęło za horyzontem, na kilkanaście minut zamieniając świat dookoła w ferie barw, cieni, kontrastów. Ocean był spokojny, po falach leniwie przetaczały się pojedyncze statki zmierzające do portu. Warto było tu przyjechać, chociażby dla takich chwil jak ta. Chwilo więc trwaj!