sobota, 16 marca 2013

16.03, Ta jedna noc w Dubaju

Po kilku miesiącach od wizyty w Korei Południowej, zachłanna ciekawość świata skierowała mnie do innego zakątka Azji. Tym razem wybór padł na Sri Lankę. Jak to często bywa, zadecydował w sumie ślepy przypadek – najlepszy kompan podróży.

Skłamałbym gdybym napisał, że zawsze marzyłem, by odwiedzić ten akurat kraj. „Łza Indii” kojarzyła mi się głównie z luksusowymi wakacjami jakie spędzali w resortach znajomi i znajomi znajomych – tacy, dla których polecieć do Egiptu czy Tunezji to już poniżej ich wypracowanej pozycji społecznej, a jednocześnie tacy dla których wyjrzeć poza bezpieczne mury hotelu to akt niezrozumiałego szaleństwa. Złote plaże z rzędami palm, baseny, drinki z palemką, rodzina na słoniu, kolorowa bransoletka all inclusive lśni na przegubach dłoni jako przepustka do gnuśnego świata białych jak kreda przybyszów... Zdecydowanie nie w moim stylu, chociaż z drugiej strony wiadomo, że na Sri Lance istnieje jeszcze świat turystyki „plecakowej”, niezależnej, budżetowej i magicznej.

Moja wiedza o tym zakątku też okazała się nader skromna. Gdy zebrałem ją do kupy wyszło, że to kilka faktów zasłyszanych i zapamiętanych przypadkiem – Sri Lanka jako mekka Buddyzmu, raj trawiony wieloletnią wojną domową, bojowe Tamilskie Tygrysy, plantacje herbaty, słonie, starożytna kultura, w końcu także przybrana ojczyzna Arthura C. Clarke'a, jednego z moich ulubionych niegdyś pisarzy Science Fiction. Zawstydzająco niewiele, ale od tego właśnie są podróże, by dowiadywać się nowych rzeczy i odkrywać nieznane lądy. Wyruszyłem więc z domu z otwartą głową i sercem, jakkolwiek melodramatycznie by to nie brzmiało. Zrzuciłem z siebie skórę znerwicowanego pracownika biurowego, włożyłem stare ciuchy, spakowałem plecak i stałem się tym kim lubię najbardziej, czyli nieporadnym, grafomańskim, ale na swój sposób uroczym turystą z ambicjami bycia kimś więcej.

***

Do Warszawy zawitał „wielki świat”. Dzięki dwóm liniom lotniczym z Zatoki Perskiej, Qatar Airways oraz Emirates, powiększyła się znacząco siatka dostępnych połączeń, a atrakcyjne cenowo promocje na start zapełniły samoloty lecące do Ad-Dauha oraz Dubaju. Zazwyczaj owe rozkoszne uczucie, iż mam na wyciągnięcie dłoni cały świat, zaczynało się dopiero w porcie przesiadkowym – w Paryżu, Amsterdamie, Frankfurcie, Londynie, Dublinie, Kijowie, Moskwie czy chociażby Rydze. Tym razem towarzyszyło mi już od samego początku.

Samolot w barwach Emirates robił majestatyczne wrażenie na każdym, nie wyłączając mnie. Piękne stewardessy wchodząc na jego pokład sprawiały wrażenie księżniczek stąpających po czerwonym dywanie. A może to mnie tak roiło się w głowie, bo trzeba wspomnieć na początku, że chyba nigdy nie rozpoczynałem podróży będąc tak zmęczonym jak właśnie teraz. Przelot okazał się miłym i szybkim doświadczeniem. Po ledwie pięciu godzinach już lądowaliśmy w Dubaju, a czas upłynął miło dzięki systemowi rozrywkowemu oraz naprawdę przyzwoitym posiłkom. Chociaż już dawno temu przestały podniecać mnie takie rzeczy, przyznać trzeba, że Emirates w pełni zasługuje na te kilka słów pochwał. Docenić wypada firmę, która żadnej rzeczy nie pozostawia przypadkowi, co z własnego doświadczenia wiem, że jest bardzo trudne do zrealizowania...

Okazało się, że moja osoba kwalifikuje się do tzw. Dubai Connect. Ten program, jakżeby inaczej, sponsorowany przez linie lotnicze, pozwala osobom które mają dłuższe przesiadki na darmowy nocleg w przylotniskowym hotelu oraz bezpłatną acz krótką wizę tranzytową do Dubaju (ta ostatnia standardowo do tanich nie należy). Zasady przyznawania tego świadczenia są wielką niewiadomą. Z tego co mi wiadomo, spełniałem tylko jeden warunek z kilku – czekało mnie ponad osiem godzin czekania na lot do Colombo, stolicy Sri Lanki. Cała reszta już się nie zgadzała, jednak w Warszawie przy odprawie dostałem stosowne dokumenty, co oznaczało, że będę miał okazję zobaczyć Dubaj na własne oczy.
Już samo lotnisko wiele mówi o tym kraju – jest ogromne, przestronne, a na jego wykończeniu nie żałowano pieniędzy. Sufity zawieszone są więc wysoko ponad głowami podróżnych, a przestrzeń zdobią palmy, sztuczne fontanny i inne atrakcje, które zlewały mi się w jeden złoty kolor. Tylko nowobogacki przepych potrafi być tak gnuśny, tandetny i przeładowany elementami. Z drugiej jednak strony, kolejki do odprawy celnej były długie, a poważni panowie w lśniąco białych galabijach niespecjalnie się spieszyli. Po około dwóch godzinach od wylądowania zameldowałem się w hotelu – co oznaczało, że mam do wyboru albo pięciogodzinną regenerację w wygodnym łóżku, albo szybką kąpiel i spacer po nocnym Dubaju. Było już po północy, o piątej rano musiałem być na dole, by zdążyć na lotnisko. Wybór był oczywisty, chociaż oczy same mi się zamykały ze zmęczenia...

Hotel znajdował się w dużej dzielnicy Deira. Zwiedzanie Dubaju od tej strony porównać można do zgłębiania Nowego Jorku spacerem po Queens, albo Warszawę podziwianą z poziomu ulic Białołęki. Czyli – tylnymi drzwiami i daleko od najważniejszych atrakcji. Po wyjściu z hotelu (swoją drogą, nigdy nie spałem w miejscu tak ogromnym, samym korytarzem szło się dobrych kilka minut) poczułem na skórze przyjemne ciepło. Można sobie tylko wyobrazić jaka spiekota musi tu panować w ciągu dnia. O tej porze nie działało już metro, a na taksówkę nie miałem ani pieniędzy ani specjalnej ochoty. Wędrowałem więc pustymi ulicami i chociaż dookoła mnie nie było żadnej żywej duszy, ciągle słyszałem odgłosy pracy – lądujące samoloty, szumiące samochody jadące rozlicznymi estakadami, czy też prozaiczne dźwięki hałasującego wiertła. Budynki tej części Deiry były liche i przeznaczone pod hurtową działalność handlową. W ciągu dnia sprzedawano tu części samochodowe albo hinduskie „mydło i powidło”. Witryny sklepów raziły oczy bezguściem (te fotele w stylu Ludwika XIV!), ale były także jasnym świadectwem tego, że znalazłem się już w zupełnie innym świecie. Wielki biznes był jednak BARDZO daleko stąd. Dotarłem w okolice tutejszego centrum handlowego, gdzie wszystko dookoła zaczęło robić się bardziej monumentalne i nowoczesne. W oddali mrugały światła „prawdziwego” Dubaju, na czele z imponującym wieżowcem Burdż Chalifa. Nie wiem w jaki sposób, ale ten nocny spacer zajął mi jakieś trzy godziny i musiałem wracać powoli do hotelu. Ale po tym co zobaczyłem, chciałbym tu kiedyś przyjechać i na spokojnie przyjrzeć się z bliska temu szalonemu miastu napędzanemu przez petrodolary wysysane z ziemi. To krótkie spotkanie z Dubajem, zapewne przez zmęczenie po trzeciej nocy bez snu, było oniryczne i dzisiaj sam się zastanawiam czy aby na pewno tam w ogóle byłem?