
Są na świecie takie aglomeracje, na które mówi się po prostu „Miasto”. Słyszysz – The City, La Ciudad, Gorod, Die Stadt, Da Cidade, Cite i ...nie trzeba dodawać nic więcej, by wszyscy rozumieli, że chodzi właśnie o to jedno, jedyne miejsce. To najwyższy stopień uznania, tak dla nobliwej przeszłości, jak i teraźniejszości. „Miasto” często ma za sobą bolesną, acz najczęściej dumną historię, ale nawet takie dziedzictwo może rozmyć się gdy współczesność odstaje od dziedzictwa. „Miasto” budzi ogólnonarodową dumę i im jest ona większa, tym ciężej zrozumieć ową fascynację przybyszom z zewnątrz, dla których jest to często miejsce takie jak każde inne. Sri Lanka również posiada takowy miejski klejnot, słodki, kuszący, nobliwy - Kandy. Jednak ta nazwa funkcjonuje jedynie na mapach, w książkach i w dokumentach formalnych. Na co dzień mówi się na nie po prostu „Miasto”. Autobusowi naganiacze pojazdów jadących do Kandy tak właśnie krzyczeli - „Nuwara, Nuwara!”. Zapowiadało to, że po kilku dniach spędzonych na prowincji, wjeżdżam w objęcia Cywilizacji przez całkiem spore „C”.
Kandy nie jest duże. Liczy sobie ponad sto tysięcy mieszkańców, którym żyje się tu nader przyjemnie. Klimat jest łagodniejszy, a upały znacznie lżejsze. Ze względu na położenie (kilkaset metrów nad poziomem morza), nie docierają tu skwar i duchota, a ludzie wydają się być przez to bardziej energiczni, witalni i „wielkomiejscy” w dobrym oraz złym znaczeniu tego słowa. Kwitnie więc drobny biznes, uliczki centrum zapchane są przechodniami, sprzedawcami i kupującymi. Z drugiej strony, turysta co chwila jest obiektem nagabywania, zaczepek i propozycji. Jednocześnie jednak Kandy jest małomiasteczkowe, a cały jego tłok jest ułudą, wywołaną w moim przypadku przez to, że od kilku dni obcowałem z azjatycką głęboką, zapuszczoną prowincją. W końcu miasto to liczy sobie tylu mieszkańców co Opole, Elbląg czy Wałbrzych. Czy przyjeżdżając tam doznajemy uczucia przytłoczenia wielką metropolią? Zadziwiające jest to jak łatwo człowiek odzwyczaja się od tych natrętnych oznak cywilizacji, a jak szybko przyzwyczajamy się do ciszy, spokoju i powolnego rytmu wyznaczanego przez porządek dnia i nocy.
Kierowca tuk-tuka zawiózł mnie do hotelu. Zazwyczaj używam tego sformułowania, szafując nim na lewo i prawo, podczas gdy w rzeczywistości nocuję tu w domach gościnnych, które powinno określać się mianem, większych bądź mniejszych, dziur. Jednak tym razem trafiłem do miejsca bardzo przyjemnego, zlokalizowanego na jednym ze wzgórz jakie okalają Kandy. Tuk-tuk fizycznie męczył się z podjazdem, pojazd rzężał, koła z trudem przeskakiwały kamienie, nawet kierowca przechylał się do przodu jakby chcąc pomóc swej nadwyrężonej maszynie. Na szczycie czekał na mnie czysty i przestronny pokój, piękny widok z tarasu i mili gospodarze. Ich angielski był nienaganny, maniery przystawały do klasy średniej, a gadżety i domowa elektronika jasno sugerowały, że mam do czynienia z ludźmi sukcesu. Byłem ich jedynym gościem przez całe dwa dni, więc skupili na mnie swoją uwagę i często rozmawialiśmy. Ja opowiadałem im o swoich wrażeniach, oni zaś utwierdzali mnie w przekonaniu, że współczesna Sri Lanka to nie tylko biedni ludzie w zakurzonych klapkach, ale również nieliczna, acz dynamiczna elita tęsknie spoglądająca na wielki świat.

Jedyną wadą miejsca było to, że od owego rajskiego zakątka do śródmieścia był kawałek drogi. Nie na tyle duży, bym chciał zamawiać tuk-tuka (co innego, gdy wracałem wieczorem), ale w zupełności wystarczający, bym się zgubił. Nie narzekałem z tego powodu, ponieważ prawdziwa podróż to nic innego przecież niż permanentny stan zagubienia. Krążyłem więc niespiesznie po zatłoczonych ulicach, dopóki nie dostrzegł mnie dobroduszny policjant. Tak się przejął widokiem spoconego rudzielca na rozstaju dróg, że postanowił zatrzymać dla mnie tuk-tuka. Musiałem mu spokojnie wytłumaczyć, że „mam nogi” i niczego mi nie trzeba do szczęścia. No, może poza drobną wskazówką, w jakim kierunku jest centrum i jego naczelna atrakcja, czyli Świątynia Zęba Buddy.







Dla Buddyzmu miejsce to ma znaczenie szczególne. Ciągną do niego pielgrzymki z każdego miejsca na świecie. Podobnie jak jaskinie w Dambulli, naczelna atrakcja Kandy również jest w stanie zmusić resortowych turystów do kilkugodzinnej wyprawy klimatyzowanym autokarem. Dookoła białych murów pełno więc było zorganizowanych wycieczek: starców z aparatami u szyi, rześkich czterdziestolatków oraz ich znudzonych wakacjami z rodzicami, dzieci. Pośród nich, niczym sępy, krążyli sprzedawcy wszystkiego, namolni, zaczepni i irytujący. Po spławieniu wszystkich i przejściu przez skrupulatną kontrolę, udałem się do samej świątyni. Jej mury pięknie lśniły bielą, ale trudno napisać, że budowla robiła imponujące wrażenie. Nie była ogromna, ani zdobna. Jej architektura, przeładowana geometrycznymi kształtami, znowuż budziła skojarzenia z zupełnie inną częścią Azji niż ta w której się znajdowałem. Najważniejsza relikwia buddyzmu, ząb Buddy, znajduje się w środku kompleksu.








Kiedyś był on wystawiany na widok publiczny, jednak obecnie praktycznie nie ma możliwości ujrzenia go na własne oczy. W 1998 roku zamach bombowy Tamilskich Tygrysów (wysadzono mury otaczające świątynię, zginęło kilkanaście osób) zwiększył troskę o bezpieczeństwo artefaktu, który od dawna jest pieczołowicie ukrywany. Być może dzieje się tak z jeszcze innego powodu. Złośliwcy twierdzą, że nie jest to ząb Buddy, a nawet, że nie jest to ząb ludzki, lecz kieł bawoli. Historia tego przedmiotu jest bardziej fascynująca od samej świątyni. To elektryzująca opowieść o szaleństwie, wielkiej polityce, symbolice utrzymywanej do tego, by wymuszać posłuszeństwo i zapewniać sukcesję władzy. Po śmierci Buddy syngaleski król nakazał sprowadzenie z Indii pamiątki po Oświeconym. Ząb, jedyna część ciała jaka przetrwała spalenie, został przemycony we włosach pięknej księżniczki. Tylko czy był to aby na pewno TEN ząb? Czy też może, zupełnie przypadkowy, wzięty ze sobą tylko po to, by uniknąć gniewu rozczarowanego władcy – na zasadzie „misiowego” kamyka z Jeleniej Góry? Ząb został otoczony opieką, stał się przedmiotem kultu i ośrodkiem wokół którego rósł w siłę buddyzm na wyspie. Do dzisiaj Sri Lanka ma zresztą status „Ziemi Obiecanej”, swoistej Mekki i kraju, który wiarę tę uratował, zachował i zakonserwował przez wszystkie trudne lata drapieżnej ekspansji hinduizmu. Relikwia kilka razy zmieniała miejsce swego pobytu, była kradziona, porywana, odbijana. W końcu, w szesnastym wieku ząb wyrwali Portugalczycy i z typową dla siebie arogancją, spalili go jako przedmiot bezbożnego i niebezpiecznego kultu. Po pewnym czasie jednak wrócił on na wyspę. Syngalezi twierdzili, że ząb podmienili, a kolonizatorzy zabrali ten fałszywy. Inne źródła opowiadają historię jeszcze bardziej enigmatyczną – ząb Buddy, zniszczony w indyjskim Goa, odrodził się z popiołów i magicznym sposobem, odnalazł się na Cejlonie. Już wtedy, naoczni świadkowie i obserwatorzy, twierdzili, że w rzeczywistości jest to kieł zwierzęcy, długi i zupełnie niepodobny do człowieczego. Dziwne to uczucie gdy zdamy sobie sprawę, że przez dwa i pół tysiąca lat królowie, armie i zwykli ludzie walczyli, bronili, atakowali się nawzajem w imię prozaicznego zęba, który być może od swego początku, nie miał nic wspólnego z Buddą, poza irracjonalną czcią jaką mu oddaje się do dzisiaj.






Poza świątynią Kandy jest również urokliwe i zwracające na siebie uwagę. W środku miasta znajduje się duże jezioro, którego brzegi stanowią idealne miejsca dla spacerów i odpoczynku. Wielka woda nadaje aglomeracjom zawsze bardziej ludzkie oblicze, stępia ich pazerną inwazyjność, wycisza ich kakofonię.





Smaczków post-kolonialnych nie ma tu wiele z tego prozaicznego względu, iż Kandy przez wiele wieków opierało się europejskiej inwazji. Podczas gdy cała wyspa znajdowała się pod wpływem Portugalczyków, Holendrów czy w końcu Anglików, tutaj, pomiędzy wzgórzami, daleko od parnych wybrzeży, nadal rządził samoistnie syngaleski król. Brytyjskie oddziały złamały jego upór dopiero w 1815 roku, a wpływ Imperium widać w pojedynczych budowlach z tego okresu. Jak wszędzie na wyspie, i tutaj centralnym punktem jest wieża zegarowa. Stoi pośród drogowego bajzlu, a sapiące autobusy krążą wokół niej niczym w religijnej procesji. Podobne widziałem na Trynidadzie, gdzie również były one śladem po Anglikach. Niekoniecznie je zbudowali, ale zaszczepili pośród tubylców potrzebę „sprawdzania godziny”.

Większość Kandy to jednak beton – beton dziesięcioletni, dwudziestoletni, czy pięćdziesięcioletni? Nie sposób odróżnić, gdyż elewacje szybko parszywieją, obrastają kurzem, grzybem, naroślą. Z naturą rywalizuje człowiek, który w tropikach nigdy nie dba, nie troszczy się, nie konserwuje, za to szpeci z godną podziwu energią. Budynki więc uginają się od szyldów, reklam, przybudówek. Wkroczyłem w wąskie uliczki handlowej dzielnicy i poczułem się jakbym trafił do tłocznych, głośnych i przeludnionych Indii. Sklep na sklepie, w każdym z nich bogactwo asortymentu, a do tego mnóstwo ludzi, rykszarzy, rozglądających się za kupującymi sprzedawców. Sri Lanka, do tej pory, zaskakiwała mnie czystością, tu jednak nikt nie miał czasu dbać o takie rzeczy, więc podłoże uścielone było wszystkim tym co zbędne, zapomniane i niepotrzebne. Do tego dochodził zapach. Nie smród, lecz właśnie woń, trudna do określenia, ulotna i niemożliwa do zapamiętania, a jednak … wpadająca do głowy i budującą całościowe wspomnienie tych chwil spędzonych w „brzuchu” Kandy.









Tego dnia nie byłem miły dla otoczenia. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. W końcu, podróżując trzeba pokornie znosić wszelkie irytujące zwyczaje ludzi, z których gościny się przecież korzysta. Z podróżowaniem jest jak z wizytą w czyimś domu. Nawet jeżeli gospodarze zachowują się niewłaściwie, denerwują nas, ich osoby nam nie odpowiadają, obyczaj wymaga byśmy zachowali milczenie. Jeżeli nie jesteśmy w stanie, najlepiej grzecznie podziękować i opuścić ich progi. Niestety, zapomniałem o tym i dałem się ponieść złości. Jeszcze pod świątynią spławiłem niemiło przewodnika, który robił wszystko, bym skorzystał z jego usług. Nie rozumiał słowa „nie”. Przyczepił się do mnie nawiedzony wariat, który krzyczał za mną i groził mi kościstymi rękami. Kierowcy tuk-tuków atakowali mnie w dwójnasób: proponowali, nie, to złe słowo, zmuszali mnie do przejażdżki, a dodatkowo wciskali bilety na pokazy lokalnych tańców. Jeżeli w jednym rzędzie stała ich piątka, każdy z nich musiał osobiście przejść ze mną całą procedurę, chociaż każdy widział jak spławiam pierwszego, drugiego, trzeciego … dwunastego... Już wieczorem spotkałem irytującego nastolatka, który szedł koło mnie, piszczał, uśmiechał się i zachęcał już sam nie wiem do czego. Grzeczna acz stanowcza odmowa nie przynosiła skutku, więc powiedziałem mu coś bardziej dosadnego, co zakończyło się krzykami, machaniem rękami i wyzwiskami pod moim adresem. Wstydziłem się tego później, bo nic mnie przecież nie tłumaczyło, nawet to, że co minutę ktoś wyrywał mnie z kontemplacyjnego nastroju, zaczepiał albo patrzył na mnie jak na kroczący bankomat.
W ramach swoistej pokuty, los zaprowadził mnie do świątyni Kataragama Devale (drugi człon oznacza, że w obiekcie znajdują swe miejsce tak buddyzm, jak i hinduizm, synkretyzm dość zaskakujący jak na tę wyspę i jej burzliwą przeszłość). Było już ciemno, w środku zaś nie było praktycznie nikogo. Zdjąłem buty i przekroczyłem wejście, dając się zauroczyć podniosłej atmosferze miejsca. Towarzyszył mi tutejszy odźwierny, człowiek o wystających zębach i lekko głupkowatym, acz dobrotliwym obliczu. Pokazywał mi najciekawsze zaułki, a na końcu zapoznał z buddyjskim mnichem. Ten zaprowadził mnie do pomieszczenia, gdzie pochwalił się swoim zdjęciem z samym Dalaj Lamą, a następnie, bez pytania, udzielił mi czegoś na wzór błogosławieństwa. Oprawiał nade mną modlitwę, zawodził smętną melodię, okadzał mnie, dotknął mojego czoła, zawiązał na przegubie dłoni białą nitkę i zapewnił, że podróż do domu będę miał szczęśliwą oraz bezpieczną. Było to uczucie dziwne, krępujące ale był w tym momencie ładunek magii, który zapamiętam na długo. Sri Lanka znowu pokazała mi swoje kolejne oblicze, kolejny raz odsłoniła kawałek prawdy o sobie. Poczułem się oczyszczony z grzechu bycia niemiłym dla wszystkich dzisiejszych nagabywaczy. Na koniec dostałem do podpisu księgę pamiątkową i … zostałem poproszony o zostawienie datku. Czar nieco wyblakł, ale mając w pamięci swoje zachowanie, uznałem to za uczciwe rozwiązanie. Spokój ducha za pieniądze, czy to nie brzmi rozsądnie i znajomo?




Wpisując się, kolejny zresztą raz, do rejestru darczyńców oraz naiwniaków, pomyślałem, że powinienem, wzorem bohatera jednego z ulubionych filmów („Zawód: Reporter”), stworzyć swoje alter ego. W końcu, sam uważam, że „ja” w pracy i „ja” w drodze to dwie zupełnie różne osoby. Wspólne mamy jedynie konto oraz nazwisko. A gdyby tak, pozbyć się tych ostatnich punktów je łączących? Gdyby tak udawać, że jest się kimś zupełnie innym? W tropikach można to przecież zrobić tak bez problemów, jak i bez żadnych konsekwencji. Można zostać obywatelem dowolnego kraju na świecie. Tu nikt nie sprawdza paszportu, a każdy jest tym za kogo się podaje. Kiedy już naprawdę miałem dosyć pytań „skąd jesteś?” odpowiadałem w sposób sprawdzony - „Z Liechtensteinu!”. To zawsze kończyło wszelkie dyskusje, bo nikt na świecie nie wie nic o Liechtensteinie. Nikt nie odpowie „byłem tam” czy też „mieszka tam mój kuzyn”. W ten sam sposób można zmienić nazwisko, imię, ale także wszystkie historie, które mówi się o sobie mimowolnie. Po co? Może po to, by zobaczyć reakcje ludzi, by opowiedzieć im niezwykłą, acz zmyśloną baśń, dać im chwilę radości, tajemnicy, dać im coś o czym będą opowiadać znajomym i co będą wspominać. Słodkie, niewinne kłamstwo czy może kolejna, nudna prawda? Wybór jest oczywisty. Można zostać pisarzem szukającym natchnienia, byłym księdzem, żołnierzem na przepustce, biznesmenem robiącym sobie przerwę, byłym więźniem, amatorem używek, filozofem, barmanem, milionerem, znanym aktorem, piosenkarzem country („to ja śpiewałem ten utwór!”), a nawet znerwicowanym pracownikiem branży reklamowej... W tropikach można uciec od prawdziwego życia, tylko czy zawsze można potem do niego wrócić? Takie dylematy nurtowały mnie kiedy spacerowałem po nocnym Kandy, delektując się oczyszczeniem za dwa tysiące rupii oraz rześką i znośną aurą.
