sobota, 14 września 2013

14.09, Sobota w Seattle i Kanada wcale nie pachnąca żywicą

Z hotelu wyszedłem bladym świtem, by nie marnować ani chwili. Poranne Seattle prezentowało się równie uroczo co dzień wcześniej. Ale w sobotę na ulicach nie było ludzi, więc mogłem oglądać je w spokoju. Do tego, trafiłem na przyjemną końcówkę lata. Było co prawda pochmurno i rześko, ale nadal w pełni komfortowo. Szczyty wieżowców ginęły we mgle. Nad głową latały mewy, co przypominało mi, że jestem blisko Wielkiej Wody. Aż chciało się spędzić te kilka godzin w tym mieście, zaś organizm szybko zapomniał o zmianie czasu, jetlagu i innych wymówkach.

Pierwsze kroki skierowałem, jakżeby inaczej, do Pike Place Market. Miejsce dopiero co budziło się z nocnego letargu. Dookoła, na trawnikach i ławkach pulsowało już wszakże „pieskie” życie. Bezdomni, wariaci, domorośli myśliciele, hipsterzy kręcili się dookoła, dyskutowali, kłócili się, tańczyli, spali, tudzież tępo patrzyli przed siebie. Tych ostatnich można było poznać tylko po tym, że mają w ręku kubek kawy ze Starbucksa. Nasi domorośli naśladowcy w wąskich spodniach rurkach, wiele jeszcze się muszą nauczyć od swoich amerykańskich pierwowzorów, którzy wyglądają jakby zostali przed chwilą wyjęci z kontenera na śmieci. To się nazywa moda.





Sprzedawcy owoców, warzyw, kwiatów i bibelotów jeszcze się rozstawiali, przygotowując się na długą, handlową sobotę ale specjaliści od ryb pracowali już na pełnych obrotach. Stanowisk z owocami morza było kilka. Dookoła jednego z nich zgromadził się tłumek gapiów, oczekujący na jedną z tutejszych atrakcji. Po każdej udanej transakcji rozlegał się śpiewny okrzyk, zaś nabyta przez szczęśliwca ryba przerzucana była w efektownym stylu przez całe stanowisko, często tuż obok tłumu i ku jego radosnej ekscytacji. Wyglądało to groźnie, ale wielka tusza tuńczyka zawsze bezpiecznie lądowała w rękach sprzedawców. Była to chwila rozświetlana błyskiem fleszów i śmiechem wszystkich dookoła. Stałem dobrych kilka minut i jak kretyn patrzyłem się na uwijających się postawnych facetów, czekając aż jeden z nich wyda z siebie ów gardłowy zaśpiew zapowiadający to oryginalne show. Brzmi kretyńsko, ale zabawa była to świetna, a do tego tak bardzo amerykańska!




Potem wędrowałem dalej, bez konkretnego celu, czyli tak jak lubię najbardziej. Było ciągle wcześnie, a ja miałem przed sobą kilka godzin do odjazdu autokaru, który miał zawieźć mnie do Vancouver. Posilony hipsterskimi bajglami i mainstream'owym batonem „Baby Ruth” (który doskonale pamiętam z kultowego filmu mojego dzieciństwa - „The Goonies”!) snułem się po pustym centrum, podziwiając perełki architektury sprzed kilku dekad. Tutejsza architektura lat 20-tych i 30-tych przypominała mi czasem jak żywo wspomnienia z totalitarnej Moskwy. Wiadomo, że to Sowieci, na czele ze Stalinem zafascynowali się drapieżnością amerykańskich urbanistycznych koncepcji i stojąc w ich cieniu, zrozumieć można dlaczego. Mury neo-gotyckich, eklektycznych kolosów sprawiają, że człowiek czuje się mały, nieważny, stłamszony władzą absolutną – w tym przypadku władzą kapitału.





Z drugiej strony, Seattle uderzyło mnie także swoją rozliczną, lichą zabudową. To w końcu prowincjonalna metropolia, do tego, trawiona w ostatnich latach kryzysem ekonomicznym. W wielu miejscach, często tuż obok pulsującego bogactwem Downtown, natrafić można na obszerne, pustawe place, przy których stoją pokraczne, szare i paskudne budynki. Pomiędzy nimi zaś wiodą wąskie tylne alejki, najczęściej wręcz lepiące się od brudu, z obowiązkowymi żelaznymi schodami przyczepionymi do ich ścian. Wszystko to wyglądało jak dopiero co opuszczona przez filmowców, sceneria rodem z policyjnego kina z lat 70-tych.




Miałem niezbyt forsowny plan, by dojść do tutejszego Chinatown, niewielkiej dzielnicy, gdzie przed wiekiem osiedlili się pierwsi chińscy osadnicy w tym regionie kraju. Ale po przejściu kilku przecznic zwątpiłem. Byłem jedynym „normalnym” osobnikiem w okolicy. W parkach i na skwerach rozstawili się lokalni bezdomni oraz drobni pijaczkowie. Część co prawda spokojnie spożywała śniadania, ale co chwila trafiali się nadpobudliwi osobnicy, którzy głośno się wykłócali (rozumiałem tylko „fuck” deklamowane przez wszystkie możliwe odmiany), szarpali albo nerwowo chodzili w kółko. W takim towarzystwie nie czułem się do końca komfortowo, więc skręciłem w bok, wróciłem do „cywilizacji” i pozbyłem się tłamszącego uczucia, że jestem w niewłaściwym miejscu.

Przechodząc przez Pike Place Market (do niego wiodą tu wszystkie moje drogi) natrafiłem jeszcze do „Bubble Gum Corner”, czyli miejsca dosłownie oblepionego dziesiątkami tysięcy … gum do żucia. Wyglądało to równie artystycznie, co paskudnie, chociaż wypada pogratulować pomysłu.


Spędziłem nieco czasu w okolicach marketu, zjadłem pożywną zupę, popatrzyłem się na wodę. Jako że do Seattle miałem jeszcze wrócić, raczej delektowałem się jego atmosferą niż zaliczałem najważniejsze atrakcje turystyczne. Potem wróciłem do hotelu, odebrałem bagaże, pożegnałem się z pokojem i ruszyłem niespiesznie na dworzec autobusowy Greyhounda.

Spędziłem w tym „uroczym” miejscu nieco czasu, a potem zaokrętowałem się do autokaru i ruszyłem na północ, w stronę Kanady. Wjeżdżanie do tego przepastnego kraju w ten skromny sposób przypominało wejście do wielkiego domu tylnymi, kuchennymi drzwiami. Cała podróż trwała kilka godzin. Jechaliśmy po wielkiej, pustawej autostradzie. Na granicy nie obyło się bez małych komplikacji. Strażnik poinstruował mnie, że za wcześnie do niego podszedłem (!), a potem długo wypytywał mnie po co jadę do Vancouver. Obok, przerażona kobiecina łamanym angielskim mówiła, że ona „work Canada”, braki w słownictwie nadrabiając pracą rąk. Jak nietrudno się domyślić, przeszła przez granicę szybciej ode mnie...

***

Kiedy już dojechaliśmy do Vancouver robiło się ciemno. Okolica w której znajdował się tak dworzec, jak i mój hotel należała do wyjątkowo podłych. Trudno było mi uwierzyć w to, że naprawdę jestem w Kanadzie, kraju płynącym socjalem, mlekiem i syropem klonowym. Jeszcze trudniej było mi uwierzyć w to, że mój hotel znajduje się, tam gdzie się znajdował. Budynek wyglądał jakby podczas masowej rozbiórki ruin ktoś o nim przypadkowo zapomniał. Stał samotnie dookoła morza nicości, brudu i spalin z okolicznej wielopasmowej ulicy. Na parterze znajdował się sklep z antykami – z zakurzonymi wystawami zza żelaznymi kratami. Obok dudniła nieokreślona muzyka z klubu mieszczącego się gdzieś za masywnymi drzwiami. Na piętrze znajdował się zaś mój przybytek - wytarty, młodzieżowy, a więc legalnie brudnawy, hostel dla budżetowych turystów. No cóż, przynajmniej było tanio, oczywiście, tanio jak na tutejsze standardy noclegowe.

Chociaż laminowane ściany mojego luksusowego pokoju kusiły, by w nich zostać na dłużej, szybko wyszedłem poznać się z nowym miastem. Tuż obok zaczynało się Chinatown, największa tego typu dzielnica w Kanadzie i jedna z największych w Ameryce Północnej. W zapadającym zmroku prezentowała się wręcz magicznie, chociaż, jak wiadomo, mrok nocy bywa nader łagodny dla urody miast... Kolorowe, chińskie szyldy oświetlały ciemność, chińskie lwy strzegły ogromnej bramy wjazdowej, budynki miały azjatyckie elementy ozdobne, nawet uliczne lampy przypominały daleką Azję i lampiony, które i ja kiedyś puszczałem w niebo.




Chinatown od razu przypadło mi do gustu, chociaż miłośników Dalekiego Wschodu może ono jednak bardziej rozczarować niż oczarować. Nie należy spodziewać się nie wiadomo jakich atrakcji. To po prostu jedna z dzielnic wielkiego miasta. Widać wyraźnie, że swoje najlepsze lata ma dawno za sobą. Potrzeba nieco wyobraźni, by zobaczyć jej prawdziwe, chociaż strudzone życiem, piękno. Ponoć podejmuje się różne próby rewitalizacji, które kiedyś zapewne przyniosą namacalne efekty. Obecnie jednak serce chińskiej diaspory bije w zupełnie innych miejscach miasta. Te kilka przecznic, z których składa się Chinatown były nienaturalnie wyludnione, mimo iż wieczór był jeszcze wczesny. Sklepy w większości pozamykały swoje podwoje, restauracje świeciły pustkami. Przechodniów było niewielu, a ci na których się natknąłem wyglądali równie mizernie i licho jak zabudowa w której na co dzień egzystują.

Kawałek dalej zaczynała się kolejna, stara dzielnica Vancouver – Gastown. To w tym miejscu, pod koniec XIX wieku, zaczęła się historia tego miasta. Budynki wyglądały na bardziej zadbane, a okoliczne uliczki pełne były turystów, spacerowiczów, jak i... bezdomnych i narkomanów, których było tam jeszcze więcej niż w Seattle. Dziwne to zapewne wspomnienie, ale wieczorem faktycznie co chwila napotykałem na brodatych dziwaków ciągnących swoje wózki gdzieś w mrok nocy. Tego dnia nie spotkałem Kanady „pachnącej żywicą”, za to ujrzałem tą jej część, którą dyskretnie pomija się milczeniem.



Zmęczony nowymi wrażeniami udałem się z powrotem do mojego luksusowego hotelu. Po drodze wstąpiłem na kolację do chińskiej knajpki, gdzie zaserwowano mi najsmaczniejsze azjatyckie danie jakie jadłem od kilku dobrych lat. Nie powinno to dziwić, ponieważ Vancouver to w rzeczywistości... azjatycka metropolia. Obecnie, większość jego mieszkańców pochodzi z tego regionu świata i widać to na każdym kroku, także w kuchni.