
Ameryka ogłupia, rozleniwia, tak fizycznie, jak i psychicznie, a jednocześnie pociąga swoim bezpretensjonalnym podejściem do życia – odkryłem to, gdy któregoś poranka zorientowałem się, że podobnie jak wszyscy dookoła mnie, spaceruję z kubkiem kawy i brownie w ręku, a moje myśli krążą wokół tego co zjeść, co kupić. Dałem się wciągnąć w ten tygiel, co więcej, podobało mi się to i żałowałem, że to co tutaj naturalne, u nas byłoby małostkowym, prowincjonalnym naśladownictwem wielkiego świata. Dziki konsumpcjonizm, w ojczyźnie najczęściej uśpiony, tutaj mocno dawał się we znaki. Powstrzymywała mnie jedynie zawartość portfela, a raczej jej brak. Gdyby było inaczej, wróciłbym z pięcioma walizkami wypchanymi przedmiotami na których nabycie miałem ochotę. Rozumiem jeszcze książki i filmy, ale koszulki, czapki, bluzy, breloczki, żartobliwy spray sprawiający, że popsikany nim będzie mówił z irlandzkim akcentem? Szaleństwo. Niemało wydawałem też na jedzenie, napoje, słodycze... Zazwyczaj jestem oporny na takie pokusy, ale w Ameryce śliniłem się na widok niemal wszystkiego dookoła co miało metkę z ceną, a wszystko co można było zjeść i kosztowało mniej niż trzydzieści dolarów, chciałem zjeść.


Ostatni spacer był długi. Gdyby nie te wszystkie kilometry wydreptane na własnych nogach, wróciłbym jeszcze krąglejszy niż jestem na co dzień. Samolot miałem dopiero wieczorem, cały dzień więc przed sobą. Można by było wsiąść do promu (jest tu ich niemało) i popłynąć na jedną z okolicznych wysepek. Ale ja wolałem powałęsać się po znajomych kątach. W sobotnie poranki dookoła marketu rozstawiają się dodatkowe stanowiska, gdzie nabyć (lub chociaż zobaczyć) można różne wytwory rodem z prowincji. Wtedy, i tak to miejsce pełne życia, zyskuje dodatkowo na witalności. Piękne owoce, warzywa, kwiaty, miody czy też wina – wybór był duży, zainteresowanie spacerowiczów nie mniejsze. Dobrze, że wieczór wcześniej zdążyłem się nacieszyć tym miejscem w samotności, bo tego dnia byłem już tylko punkcikiem w gęstym tłumie, gdzieś pośród kapust, kabaczków, marchewek, brukselek...




Jak na zawołanie w okolicy pojawili się też niemal wszyscy dziwacy jakich widziałem tu wcześniej. Był brodaty dżentelmen z papugą na ramieniu, był skośnooki lump palący papierosy koło wielkiego znaku … zakazującego palenia. Kawałek dalej koncert na żywo dawał wielki, biały kurczak (w cywilu – przećpany punk z tatuażami na twarzy), a po ulicach krążył sam Davy Crocket w futrzanej czapie z … kotem siedzącym na głowie. W okolicach Pioneer Square czatował zaś dziwny człowieczek w puchowej kurtce. Zza kaptura wystawała mu jedynie wielka, biała broda. Czyżby krasnal? Seattle zapamiętam na pewno jako miasto wariatów!








Po kilku godzinach bezcelowego łażenia tu i tam, zapakowałem się do tramwaju i pojechałem na lotnisko. Ostatnia wielka podróż Sadata w ten oto prozaiczny sposób dobiegła finału. Chciałoby się napisać kilka słów podsumowania, zebrać w całość szereg wspomnień, zakończyć to celną puentą, a może nawet podeprzeć się cytatem kogoś mądrzejszego... Ale na sam koniec okazuje się, że napisać mogę jedną tylko rzecz – kurwa, ale było fajnie tak jeździć po świecie!
