poniedziałek, 16 września 2013

16.09, The world needs more Canada!

Tego dnia plan był prosty – zamierzałem na rowerze przemierzyć Stanley Park wzdłuż i wszerz. Wypożyczalni było bez liku, niestety, w każdej ceny były mocno zaporowe, co dodatkowo zmotywowało mnie do tego, by maksymalnie efektywnie wykorzystać każdego wydanego dolara. Zabawne jest to, że jak sięgam pamięcią, na rower wsiadam jedynie na wakacjach (Ekwador, Tajlandia, Sri Lanka!) , podczas gdy w Polsce ostatni raz jechałem na nim chyba gdy miałem … dziesięć lat..

W pierwszej kolejności zrobiłem rundę dookoła cypla. To niecałe dziewięć kilometrów ścieżki wiodącej tuż nad wybrzeżem. Trasa była wspaniała, a widoki zachwycające, nic więc dziwnego, że co chwila robiłem sobie przerwy. Chciałem nacieszyć się tym porankiem, przyrodą dookoła, wodą, zapachem, gęstą zielenią pokrytą mgłą. Panowała przyjemna, relaksująca cisza. Jednocześnie, nadal byłem blisko wielkiego miasta. Szklane pudełka widoczne na drugim brzegu dopiero wyłaniały się zza mgły. Nad moją głową co jakiś czas przelatywały hydroplany, lądujące z gracją na tafli wody. Oto te proste, ale magiczne momenty za które kocham podróże małe i duże!






Stanley Park to prawdziwy las – stworzony ręką natury, nie zaś człowieka. Nadal dziki i nieokrzesany, czasem zapewne problematyczny w swej ekspansji oraz pazerności. Stosunkowo łagodny klimat Vancouver sprawia, że zieleń wprost z niego kipi. Wjeżdżając wgłąb jego wnętrza nie mogłem nadziwić się gęstości poszycia. Tuż za ścieżkami zaczynała się plątanina drzew, krzewów, paproci, pni, zza której niewiele było widać. Nieliczne i tak dźwięki były dodatkowo tłumione, można więc było usłyszeć … chciałbym napisać, że tętno pierwotnej puszczy, ale fakty są takie, że słyszałem głównie moje sapanie wymieszane z wygwizdywanymi melodiami, które grały mi akurat w duszy. Czasem drogę przebiegły mi czarne wiewiórki, ale nie mam wątpliwości, że zza poszycia patrzyły na mnie jeszcze niejedne oczy...



Oprócz natury, w parku znaleźć można także kilka atrakcji związanych z szeroko rozumianą cywilizacją. Oprócz urokliwego Totem Pole, o którym już wspominałem, na miłośników historii wszelakiej czeka także kilka pamiątkowych tablic, upamiętniających indiańskie legendy, tudzież pierwszych białych kolonistów i ich trudne życie w tym odległym zakątku świata. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że są to wątpliwej jakości atrakcje, tworzone nieco na siłę i wyrost. Fakty są nieubłagane – po pierwotnych mieszkańcach tych ziem nie zostały żadne namacalne, materialne pamiątki, może poza kilkoma wisiorkami, których miejsce jest w muzealnych gablotach. Podobnie brutalnie czas obszedł się z tym co stworzyli pierwsi osadnicy. Dlatego też, taki „Hallelujah Point”, chociaż brzmi zachęcająco, w rzeczywistości jest niczym innym jak kawałkiem pokracznej rzeźby z informacyjną tablicą. W Kanadzie, tak jak w USA, to słowa, a nie budynki opisują historię...




Po kilku godzinach wesołego pedałowania nie miałem już sił na nic. Ale wakacje, nawet takie krótkie, to nie czas na odpoczynek, ani narzekanie. Ruszyłem więc przed siebie, spędzając resztę dnia na zaglądaniu wszędzie tam, gdzie miałem ochotę. Napiłem się kawy w okolicznej knajpce, gdzie uprzejmy Pan ostrzegł mnie przed świeżo zarzyganym stolikiem. Vancouver! Zgodnie z hasłem znalezionym w lokalnej księgarni „świat potrzebuje więcej Kanady” i ja się z tym w pełni zgadzam. Ludzie byli bowiem mili, sympatyczni i uśmiechnięci w ten autentyczny, niepodrabiany sposób. Oczywiście, poza wariatami, których nieustannie przyciągałem z niezrozumiałą konsekwencją.



Nie zdecydowałem się wydać 25 centów na reklamowany Peep Show (zapewne „tęczowy” i społecznie zaangażowany, biorąc pod uwagę dodatkowe elementy wystroju witryny). Zajrzałem za to do antykwariatu, gdzie spędziłem uroczych kilka(dziesiąt) chwil. Przesiąknąłem wonią starych książek, kupiłem kilka woluminów i ruszyłem dalej. Trafiłem nawet na przedsezonowy mecz hokeja, ale ostatecznie zdecydowałem, że wolę po prostu pochodzić po mieście, niż siedzieć w klimatyzowanej hali i patrzeć jak Vancouver Canucks okładają się kijami z nieznanym mi rywalem.




Architektonicznie Vancouver muszę przyznać wysoką notę. To może nie jest najpiękniejsze miasto świata, ale niewątpliwie, aglomeracja ma swój urok i styl. Nigdy nie byłem w Londynie, ale zabudowa tzw. „Heritage District” przypomina mi filmowe klisze ze stolicy Wielkiej Brytanii. Tu i tam, znaleźć można nawet królewskie popiersia i tablice, które przypominają o tym, że jeszcze kilka dekad temu, było na tym świecie Imperium do którego należała ćwierć globu, a słońce nigdy w nim nie zachodziło.


Z drugiej strony, w ścisłym centrum, spotkać można rozliczne „back alleys”, czyli przedmiot mojego nieustannego zdziwienia. Pomiędzy zatłoczonymi alejami, na tyłach budynków, rozciągają się ciemne i brudne kiszki, wiodące donikąd. Niekiedy, stając u progu jednej z nich, miałem wrażenie, że owa nicość ciągnie się kilometrami. Poza nielicznymi samochodami dostawczymi, praktycznie nigdy nie było tam żadnego ruchu, oznak życia, ale nawet w ciągu dnia, mój instynkt sugerował mi, bym nie zapuszczał się za daleko w owe „wnętrzności” wielkiego miasta. Trzymałem się tego przeczucia, chociaż uroda niektórych z nich zdawała się wodzić mnie na pokuszenie.

Kiedy już naprawdę nie miałem siły, udałem się … na pożegnalny spacer wzdłuż południowego wybrzeża miasta. Zachodziło słońce, na wodzie lekko unosiły się czekające na wejście do portu wielkie statki, nie pierwszy raz, widoki zapierały dech. Spotkałem nawet fokę. Wylegiwała się na sterczącym znad wody kamieniu, przyciągając rozlicznych gapiów. Mimo iż potem, w mroku nocy musiałem wracać przez zadżumione Chinatown, zapamiętałem Vancouver jako miejsce do którego warto jeszcze kiedyś wrócić.