
Taki długi postój pozwalał zobaczyć miasto „przy okazji” i „za darmo”, co zawsze brzmi świetnie, szczególnie gdy siedzi się wygodnie w fotelu w domu i planuje podróż z palcem na mapie. W rzeczywistości jest to zawsze spora mordęga – w ten sposób odwiedziłem Helsinki czy Dubaj i choć teraz wspominam to jako sympatyczne przygody, na miejscu miałem dość. W obu przypadkach jedyne o czym marzyłem to po prostu pójść spać, wrócić do Warszawy jak najszybciej się da. Nie inaczej było w Amsterdamie, po którym snułem się w sennej maglinie, wdychając opary z Coffee Shopów i uciekając przed wszędobylskimi rowerami.


Do Holandii miałem zresztą wybrać się w lutym. Kupiłem nawet bilet, zabukowałem hotel, starannie przejrzałem przewodnik, ale koniec końców, uziemiła mnie praca i poczucie obowiązku. Trochę żałowałem, bo zimowy Amsterdam prezentuje się zapewne magicznie i mógłbym się w tym mieście zakochać bez pamięci. To w końcu aglomeracja pełna zabytków, ciekawostek, wielkiej i małej historii. Tymczasem, ta krótka wizyta po kilkunastu godzinach spędzonych w samolocie i dobie bez snu, była traumatyczna, a do samego miasta nieco się zraziłem.
Nie wiem co mnie drażniło najbardziej. Znając siebie, zapewne tłumy dookoła. To była niedziela, czas rodzinnych spacerów i nadrabiania zaległości w kontaktach z najbliższymi. W dodatku w centrum odbywały się różne plenerowe imprezy, łącznie ze świeżo zakończonym masowym biegiem. Ulice były więc pełne, gwar rozlewał się wszędzie, konkurując z dzwonkami cholernych rowerów. Co chwila obijałem się o kogoś, a ktoś obijał się o mnie. Często nie były to specjalnie przyjemne doświadczenia, bo oprócz tubylców spotykałem mnóstwo weekendowych turystów, najczęściej anglojęzycznych, skacowanych troglodytów o posturze niewyrośniętych, acz bojowych kurczaków. Takimi brzydzę się już wybitnie, a gdzie się nie spojrzałem widziałem ich parszywe oblicza.
Szkoda mojego podłego nastroju, bo Amsterdam nie zasłużył na takie negatywne emocje. Gdyby tylko można by było go zobaczyć bez tych wszystkich ludzi! Zapewne w ciągu tygodnia jest tu nieco inaczej. Nawet moje niewyspane oczy były w stanie dostrzec, że jest to miasto wyjątkowej urody. Po kanałach pływały statki, barki, łódki. Na niektórych z nich znajomi i rodziny spożywały wspólne posiłki, pito wino i odpoczywano w otoczeniu zwartej zabudowy sprzed wieków. Kamienice były piękne, zdobne, często z charakterystycznymi białymi elementami na elewacjach.




Tysiące mostów oblepionych było rowerami, a na każdym kroku trafić można było na rozliczne zabytki, które poświadczały o tym, że mieszczaństwo ma się tutaj nadzwyczaj dobrze od setek lat. Zapach marihuany rozlewał się po skwerach i placach – tego osobiście nie popieram, ale uznałem, że przystanek Amsterdam doskonale wieńczy wyjazd do Seattle i Vancouver, ponieważ każde z tych miast miało swój ładunek szaleństwa, narkomanii i nihilizmu. Spacerując po uliczkach zastanawiałem się gdzie też zmierza nasza „europejska” cywilizacja i obawiam się, że otumanieni trawą, skrępowani euro-przykazaniami, rozkochani w tolerancji i wyrównaniu krzywd, wcale nie podążamy w dobrym kierunku. Ale kogo to obchodzi, gdy zabawa trwa w najlepsze?
