środa, 18 września 2013

18.09, Rowerem dookoła Victorii i pożegnanie z Kanadą

Poprzednią noc urozmaiciłem sobie dwoma lokalnymi piwami. Mój sąsiad z pokoju obok wieczór urozmaicił sobie z kolei głośnymi harcami z lokalnym dziewczęciem o nie najcięższym prowadzeniu. A ściany w hotelu były wyjątkowo cienkie...

A samo piwo? Cóż, zawsze staram się spróbować specyfików z krajów, do których trafiam i te z Kanady nie prezentowały się ani lepiej ani gorzej od wielu im podobnych lagerów. Mógłbym jednak przysiąc, że czułem w nim smak dzikiej natury, źródlaną wodę, intensywny chmiel rosnący gdzieś z dala od cywilizacji... Delektowałem się tym wszystkim, starając się nie zwracać uwagi na hałasy dobiegające zza ściany. Ciekawostką może być to, że alkohol mogłem znaleźć wyłącznie w dedykowanych sklepach monopolowych. Atmosfera w jednym z nich była tak poważna, że nie byłem pewien czy w ogóle coś komuś takiemu jak ja, tam sprzedadzą. W normalnych „spożywczakach” z kolei, półki z napojami są przepastne, ale próżno w nich szukać czegoś z procentami.

Rano, tradycyjnie, pospacerowałem po Victorii. Świeciło piękne słońce i czułem się, kolejny raz, jak na prawdziwych wakacjach w jakimś nadmorskim kurorcie. Zjadłem skromne, ale smakujące wybornie, śniadanie na ławce, popatrzyłem się na wodę, na której trwały przygotowania do startu hydroplanu. Spotkałem też młodzieżowych wagabundów z Quebecu – zabawne, że nie tylko między sobą rozmawiali po francusku, ale mieli poważne kłopoty w swobodnej komunikacji po angielsku ze swoimi, bądź co bądź, rodakami z Brytyjskiej Kolumbii.




Zajrzałem w kilka kątów, odwiedziłem kilka antykwariatów, w tym jeden, gdzie dominowała literatura gender, astrologia, ufologia i podobne science fiction... W innym znalazłem jednak coś dla siebie, więc mój bagaż powiększył się o kolejne dekagramy książkowych mądrości. W „7-Eleven” spotkałem sobowtóra jednego z bohaterów mojego ulubionego serialu, zresztą produkowanego właśnie w Kanadzie. Przy kasie pracował osobnik łudząco podobny do Ricky'ego z kultowego dla mnie serialu „Chłopaki z Baraków” - do tego stopnia, że stałem jak wryty i gapiłem się na niego z głupim uśmiechem na twarzy. Pewne pomyślał, że jestem „ciepły”, chociaż, może, uśmiechnął się pod nosem sam do siebie, bo te wystylizowane podobieństwo nie mogło być przypadkowe. Ciekawe czy tak samo jak swój telewizyjny pierwowzór, też hoduje marihuanę, kradnie wózki na zakupy i planuje skok na okoliczny supermarket z mięsem?

Potem odnalazłem wypożyczalnię rowerów i kolejny raz spędziłem przedpołudnie i popołudnie na pedałowaniu po malowniczych okolicach. Victoria nadaje się do tego znakomicie. Przez kilka godzin przemierzałem jej wybrzeże, podziwiając piękne widoki. Z jednej strony miałem morze, błyszczące w słońcu, z nielicznymi statkami i majaczącymi w tle wysepkami. Z drugiej zaś malownicze, przyjemne i zapewne nowobogackie przedmieścia, z równo przystrzyżonymi trawnikami i samochodami parkującymi przed domostwami.



Zwiedzanie zacząłem od Beacon Hill, kolejnego na mojej drodze miejskiego parku. W przeciwieństwie do tego z Vancouver, ten był uporządkowany, więc nieco nudny. Natura była tu ujarzmiona, przycięta, trzymana pod kontrolą. Po wjechaniu na szczyt tytułowego wzniesienia miałem okazję podelektować się piękną panoramą i porozmawiać chwilę z sympatycznym Australijczykiem, który przechwalał mi się jakim to jest zaawansowanym rowerzystą. Widziałem go potem jeszcze kilka razy i doszedłem do wniosku, że ja również muszę być mocno zaawansowany, bo nie odstawałem od niego ani trochę. Przypomniałem sobie, że ilekroć spotykałem jego rodaków, chyba zawsze słyszałem to samo – sport, sport, sport! Australia kocha biegać, jeździć, pocić się i ów jowialny, brodaty dżentelmen nie był tu wcale żadnym wyjątkiem.

Kawałek dalej natrafiłem na totem. Tych zresztą jest kilka w samym mieście, ten jednak był wyjątkowy, bo najwyższy na świecie. Ponoć najwyższy, bo ja nigdy nie wierzę w takie tanie reklamowe chwyty. Tak czy owak, indiański artefakt strzelał prosto w niebo i robił wrażenie swoimi rozmiarami. Szczególnie z daleka. Z bliska bowiem to jednak długi, cienki kawał drewna, wsadzony w ziemię, zabezpieczony linami i pomalowany kolorowymi farbami.


Podróże rowerem są przyjemne także dlatego, że pozwalają na co nieco bezmyślności. Jechałem więc i uwalniałem z głowy wszelkie troski oraz zbędne rozmyślania. Zatrzymywałem się wtedy gdy miałem na to ochotę. Po drodze napotkałem stary chiński cmentarz, pole golfowe i niezliczoną liczbę małych, ślicznych pejzaży: stary płot obrośnięty trawą, leciwy samochód na ulicy, ludzi grających w koszykówkę, domki wpasowane w zatoczkę... Było fajnie, aczkolwiek gdy po kilku godzinach wróciłem do Victorii i oddałem rower, byłem już co nieco znudzony ową rozkoszną monotonią i z energią ruszyłem „w miasto”.








Postanowiłem odwiedzić od środka Parlament. To największy budynek w całym mieście. Jego fasada i rozłożystość przypominają podobne obrazki z całej Ameryki Północnej, gdzie podobne budynki użyteczności publicznej są w każdej stolicy stanu. Na szczęście, wejście było za darmo, bo w środku nie było za wiele do oglądania. Owszem, wnętrza były dostojne na anglosaską modłę. Wypolerowane podłogi odbijały zdobne sufity, na ścianach znaleźć można było sporo pamiątek po Imperium. Także tych bardzo świeżych. Królowa Elżbieta II regularnie odwiedza Victorię. Zdjęcia pokazywały ją otoczoną gęstym, radosnym tłumem, w asyście czerwonych kurtek z Konnej Policji. Poza tym jednak, panowała tam nuda, więc po kilkunastu minutach uciekłem na zewnątrz. Postanowiłem udać się na zakupy – bądź co bądź, sam sobie tłumaczyłem tę podróż jako wyprawę po kilka rzeczy, których nie można dostać w Polsce.






Po wydaniu „kilku” dolarów i chwilowej sjeście w pokoju, pożegnałem się z Victorią jak i samą Kanadą. Spędziłem tu ledwie kilka krótkich chwil, ale zarówno miasteczko, jak i cały kraj, rozbudziły moją ciekawość. Pomyślałem, że przy pomyślnych wiatrach, mógłbym tu kiedyś wrócić, tym razem z rodziną i na znacznie dłużej. Wynająć samochód, może nawet wóz kempingowy i przejechać z południa w stronę północnych rubieży. Zobaczyć Calgary, Edmonton, poczuć bezgraniczny bezkres tego wielkiego, nieznanego kraju. Zdałem sobie też sprawę, że, zupełnie przecież niechcący, trafiam regularnie do miejsc, gdzie czuć ducha starych, kolonialnych czasów. Tym razem była to Kanada, ale wcześniej przecież chociażby Sri Lanka. I tu i tam rozciągało się niegdyś Imperium nad którym nigdy nie zachodziło słońce. W obu pozostały po tych czasach rozliczne, namacalne ślady, widoczne tak w ludziach, jak i ich otoczeniu. Tyle dywagacji, a samej Kanadzie nie mówię „żegnaj”, lecz „do zobaczenia”!