
A więc, jestem w Kanadzie! Przez te kilka lat podczas, których „poznawałem świat”, omijałem ten kraj z daleka, ale proszę mi wierzyć, dyktowane to było jedynie powodami natury finansowej, jak i świadomością, że przez standardowe dwa tygodnie urlopu nie zobaczę wszystkiego co zobaczyć bym chciał. Kanada pozostała dla mnie więc krainą znaną jedynie z książek z lat dzieciństwa – Arkadego Fiedlera, Alfreda Szklarskiego, Wiesława Wernica. Kanada to nadal obrazy zapamiętane z westernów, przepastne przestrzenie, mroźna północ, dzika natura i czerwień mundurów konnej policji... W końcu, to nadal tajemnica. Wystarczy zerknąć na mapę, by zrozumieć, że poza kilkoma aglomeracjami, cała reszta to terra incognita, nawet w dzisiejszych czasach, w których jednym kliknięciem komputerowej myszki można zobaczyć niemal wszystko. Więc - zawsze chciałem odwiedzić ten przepastny kraj, a już szczególnie jego zachodnią część, nadal dziką i piękną. Zawsze chciałem zobaczyć też samo Vancouver – niby to nadal „tylko” miasto, ale jednocześnie, według wielu rankingów, jedno z najlepszych miejsc do życia na naszej planecie.
Rankiem, ciepłym acz mglistym, wybrałem się do Chinatown. Do Pender Street, swoistego kręgosłupa dzielnicy, miałem dosłownie pięć minut drogi spacerem. W pierwszej kolejności kupiłem po prostu coś do picia i usiadłem w jednym z parków na śniadanie. To była fajna chwila. Ciepła kawa za dolara, kanapka, słodkie brownie na deser, a obok mnie miasto jeszcze schowane za mgłą, powoli budzące się do życia. Potem zacząłem wędrować po zaułkach chińskiej dzielnicy, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że miejsce to jest tandetne, obskurne i bardzo dalekie od idealnego obrazu Vancouver jaki istnieje w zbiorowej świadomości. Nie znaczy to jednak, że przestało mi się tu podobać. Wręcz przeciwnie, w końcu takie miejsca, autentyczne i bez podkładów pudru cenię sobie najbardziej. Światło dnia uwypuklało wszystko to, co mrok nocy łaskawie przede mną ukrywał dzień wcześniej. Budynki są tu brudne, liche i aż proszące się o renowację. Nie stanowią też zwartej zabudowy, bo w wielu miejscach widać puste plomby, po tych domach, które zapewne nie wytrzymały próby czasu. Sklepy, co do jednego, prowadzone przez Azjatów, były skromne i jak żywo przypominały mi wspomnienia z Dalekiego Wschodu. Również te zapachowe – pewna sprzedawczyni wieszała zaschniętą, cuchnącą rybę jako formę reklamy swojego stoiska ze spożywczym mydłem i powidłem. W innych miejscach uderzały mnie wonie przypraw, albo … smród uryny. Z Chinatown umknąłem, gdy tylko zapuściłem się w miejsce, gdzie zaczepiali mnie lokalni bezdomni, jasno dając do zrozumienia, że oto wkroczyłem na ich terytorium. Ale trafiłem z deszczu pod rynnę, bo poranne Gastown, gdzie poszedłem dalej, prezentowało się jeszcze posępniej.







Jak już wspominałem, dzielnica ta to historyczna wizytówka całego Vancouver. Pełno tu fajnych knajp oraz sklepów. Jest też kilka atrakcji, na czele z jedynym na świecie zegarem napędzanym parą wodną (której kłęby co chwila wyrzucane są w powietrze w asyście gwizdów zwiastujących kolejne godziny). W tle widać zawsze Wieżę Widokową, niezbyt co prawda wysoką (168 metrów), ale posiadającą fantazyjny kształt przypominający lądujący spodek. Podczas jej otwarcia w 1977 roku, wstęgę przecinał sam Neil Armstrong. Długo walczyłem ze sobą, ale koniec końców, nie wjechałem na szczyt, głównie dlatego, iż z windy prowadzącej na górę, rozciągają się widoki wykraczające poza tolerancję mojego błędnika...




Poranne Vancouver było miejscem posępnym i zmuszającym do poważnych refleksji nad kondycją naszej „zachodniej cywilizacji”. Gdzie ów splendor, bogactwo, jakość życia? Na pewno nie w Chinatown, a już szczególnie, nie w Gastown. Na ulicach co chwila mijałem ludzkie wraki, bezdomnych, narkomanów, wariatów. Zaczepił mnie gość ciągnący za sobą wózek wyładowany szmatami. „They know everything we do” - mówi konfidencjonalnym tonem, a mnie trudno się nie zgodzić z ową uliczną mądrością. Kawałek dalej trafiłem na „pchli targ”, gdzie sprzedawcami byli głównie bladzi, wygłodniali ludzie o spłoszonych spojrzeniach. Jakaś kobiecina, być może w moim wieku, usilnie próbuje sprzedać gitarę. Kilka godzin potem widzę ją leżącą gdzieś pokotem na ulicy... Jestem też świadkiem reanimacji, a może nawet śmiertelnego zejścia. Piękna woluntariuszka wzywa karetkę do człowieka, który nie daje znaków życia. Jego kompanii z ławki siedzą i nie zwracają uwagi na to co dzieje się tuż obok nich. Przechodnie mijają tę scenę obojętnie i szybko przestaję im się dziwić. To po prostu codzienność. Jakby w opozycji do tego wszystkiego, na każdym kroku czuć tu zapach marihuany, teoretycznie nielegalnej, w praktyce palonej wszędzie. Staram się sięgnąć pamięcią do wspomnień, ale nie przypominam sobie żadnego innego miejsca, gdzie byłbym świadkiem takiej degrengolady jak w Vancouver. Sankt Pauli, Nowy Jork, Bangkok, Nowy Orlean, Quito, Bogota, nawet to nieszczęsne Seattle, to jednak nie ten poziom, nie ta liga upadku. Co wydaje się szokujące, jeżeli pamiętamy, że mowa o Vancouver, mieście (niemal) idealnym.

Po szoku Gastown, przechodzę kilka przecznic, trafiam do Downtown i... jestem w zupełnie innym miejscu. Oba miejsca dzieli kilkadziesiąt metrów, ale różnią się od siebie diametralnie. Oto więc Vancouver prosto z pocztówek – potężne, nowoczesne, a jednocześnie tradycyjne, zabytkowe, w całości dostojne, urocze i co chyba najważniejsze, skrojone na ludzką skalę. Mimo że po chwili otoczyły mnie drapacze chmur, wędrując po ulicach nie czułem się zagubiony czy też przytłoczony. Vancouver ma także swój własny styl, który zapewnia rozliczna zabudowa wiktoriańska, pochodząca sprzed wieku, będąca pamiątką i żywym dowodem na wciąż trwające więzy z Wielką Brytanią. W końcu, na dolarach kanadyjskich widnieje podobizna Królowej Elżbiety II, aczkolwiek … niski nominał wybrano chyba specjalnie, by pokazać, że Unia Personalna to w dużej mierze już tylko historyczna fasada.







Vancouver, mimo wszystko, jest miastem kompaktowym. Nie licząc przepastnych przedmieść, mieszka w nim ledwie ponad 600 tysięcy mieszkańców. Bez większego problemu przeszedłem je całe, kierując się w stronę wielkiej połaci zieleni, jaką jest Stanley Park. Teren jest ogromny – to ponad cztery kilometry kwadratowe prawdziwej, często dzikiej natury otoczonej z trzech stron wodą. Obok parku zaś rozciąga się owa, poszukiwana przeze mnie od rana, najlepsza część miasta. Smukłe wysokościowce sąsiadują tu z prywatnymi marinami, gdzie na swoich właścicieli czekają tysiące łodzi, jachtów, statków. Szczęśliwcy biegają, spacerują z psami, tudzież jeżdżą na rowerach. Widoki są piękne – z jednej strony, majestat miasta, z drugiej przyroda i woda.







W takim pięknym otoczeniu powędrowałem w głąb parku do „Totem Pole”, czyli łąki na której ustawiono kilkanaście potężnych, kolorowych, pięknych totemów, drewnianych rzeźb, charakterystycznych dla rdzennej ludności tego właśnie regionu. Podumałem tam dłuższą chwilę, kupiłem kilka drobnych bibelotów dla Ani i wróciłem w objęcia miasta, ze świadomością, że do Stanley Parku wrócę jeszcze na dłużej jutro.




Zanim się zorientowałem, znowu... przeszedłem całe miasto, tym razem docierając do południowej jego części – English Bay. Plaża była co prawda umiarkowanie atrakcyjna, ale sporo wynagradzał sam widok na otwarty akwen i majaczące w tle góry. Wędrując wzdłuż wody natknąłem się na kilka ciekawostek, w tym kilka paskudnych blokowisk, które jak żywo przypominały mi największe szarawe koszmary rodem z Gierkowskiej Warszawy. Kto wie, być może jakiś rodzimy architekt wyemigrował przed dekadami do Vancouver i w nowym miejscu pozostawił po sobie takie oto, wątpliwej jakości, dzieła?




Nie mając nic innego do roboty, tego dnia pobiłem chyba swój rekord przebytych na nogach kilometrów. Nie wiem ile ich zrobiłem, może trzydzieści albo i więcej? Fakt jest taki, że kolejny już raz przewędrowałem całe Vancouver, tym razem idąc wzdłuż malowniczej promenady, co chwila zachwycając się widokami, które przede mną się rozpościerały. Dotarłem w końcu do Yaletown, modnej dzielnicy rozrywkowej, gdzie dawne magazyny i hale zamieniono w najbardziej szykowne lokale rozrywkowe. Ale po tym co zobaczyłem nad wodą, uznałem tę okolicę za zupełnie niegodną uwagi.




Pod wieczór się rozpadało, a powrót do hostelu przypomniał mi poranne traumy z zadżumionego miasta. Co chwila ktoś na mnie fukał, krzyczał, mówił do mnie, albo się na mnie gapił. Mimo wszystko, nie było to w żaden sposób niebezpieczne, chociaż uznałem to za co najmniej dziwne. Wydawało mi się, że wyjątkowo intensywnie przyciągam wszelkiej maści dziwaków. Polubiłem Vancouver, ale po zmroku przypominało mi znowu bardziej posępne Gotham City niż miejsce, gdzie życie smakuje najlepiej pod słońcem.
