wtorek, 17 września 2013

17.09, Victoria B.C

Kanada to ogromny kraj. Dopiero na miejscu można zdać sobie sprawę, co dokładnie oznaczają te wszystkie centymetry oddzielające na mapach jedną aglomerację od kolejnej. Podróże samolotem spłycają świat, ale rozkłady pociągów czy autobusów wiernie oddają skalę tutejszych odległości. Z Vancouver do Calgary jedzie się nawet piętnaście godzin. Ale przynajmniej bezpośrednio i bez przesiadek. Do Winnipeg, leżącego „kawałek” dalej, dotrzeć można w półtora dnia. Do Toronto w prawie trzy, zaś by dojechać do Montrealu, trzeba spędzić w drodze ponad trzydzieści sześć godzin i przesiadać się w czterech różnych miastach. Nawet jeżeli własny samochód i świetna sieć autostrad skraca ten czas o kilkanaście procent, rozmiary Kanady uczą pokory, tak rzadko spotykanej w naszych rozpasanych technologią czasach.

Tego dnia z samego rana ruszyłem na południowy zachód, w stronę wyspy Vancouver.

Jej nazwa może być nieco myląca, bo od samej aglomeracji dzieli ją wiele kilometrów i nie mają ze sobą nic wspólnego, poza faktem, że to nadal Kolumbia Brytyjska. Gdyby przyjrzeć się dokładnie mapom tej części świata, można się przekonać, że wiele miejsc postanowiło uczcić postać Jerzego Vancouvera, brytyjskiego odkrywcy, który pod koniec XVIII wieku spenetrował nieznane wtedy wybrzeża Pacific Northwest. Jego nazwisko noszą miasta, wyspy, jeziora, góry nie tylko w Ameryce Północnej ale i chociażby w Nowej Zelandii... Niestety, nie miałem czasu poznać całej wyspy dokładnie, jechałem tam w konkretnym, pojedyńczym celu. Chciałem zobaczyć stolicę całej prowincji, Victorię, niewielkie miasteczko za którym ciągnie się sława najbardziej urodziwego w całej Kanadzie. I najważniejsze – dostać się na miejsce miałem drogą morską!

Najpierw z dworca kolejowego pojechałem autokarem do przystani promowej w Tsawwassen. Tam wjechaliśmy na pokład statku i popłynęliśmy na południe. Prom miał kilka pokładów, gdzie można było usiąść, kupić pamiątki, albo coś zjeść. Ludzie momentalnie rzucili się przede wszystkim na kawę, której zresztą pije się tu monstrualne ilości. Herbata, symbol brytyjskiego Imperium, stoi niestety na straconej pozycji i to mimo iż pośród podróżnych dominowali emeryci, zdawałoby się, że ludzie zasad i tradycji.

Większość podróży spędziłem na zewnętrznych pokładach. Pokładach, bo było ich kilka. Widoki w pełni rekompensowały porywisty wiatr, który wychładzał mnie do szpiku kości. Prom wypłynął w otwarty akwen, ale po pewnym czasie na horyzoncie pojawiły się rozliczne wysepki, a statek zaczął między nimi meandrować zbliżając się niespiesznie do celu. Z bliska mogłem obserwować porośnięte gęstą zielenią, nieznane mi wysepki: pojedyncze, drewniane domostwa tuż obok skalistych brzegów, małe morskie latarnie... Wszystko było „pionierskie”, pociągające i zlokalizowane na pograniczu cywilizacji oraz prawdziwej, dzikiej natury. Po zadokowaniu w porcie Schwartz Bay, wróciliśmy do autokaru, który zawiózł nas już do samej Victorii. Wedle kierowcy był to krytyczny moment, bowiem tego roku „zgubił” na promie kilku pasażerów, którzy nie wrócili na czas do pojazdu. Śmiałem się z tego, ale sam wszedłem na pokład autokaru w niemalże ostatniej chwili...













Sama Victoria nie jest na pewno taką atrakcją, by warto było specjalnie dla niej telepać się przez pół świata, ale jako przerywnik pomiędzy aglomeracjami, była idealna: niewielka, spokojna, ze sznytem małej angielskiej mieściny gdzieś nad morzem. A do tego, niemalże idealnie w środku pomiędzy Vancouver, a Seattle do którego miałem już niebawem wrócić. Zabudowa miasta w większości pochodziła z przełomu XIX i XX stulecia, po ulicach jeździły turystyczne decker busy z Union Jackiem, a panoramę uzupełniały dwa symboliczne budynki: parlament prowincji oraz Hotel Empress. Oba zlokalizowane były tuż nad Wewnętrzną Zatoką, pełną jachtów, spacerowiczów, zabłąkanych mew... Victoria na pewno w pełni zasługuje na miano najbardziej anglosaskiej mieściny całej Ameryki Północnej. Gdyby nie wszędobylskie misie ubrane w czerwone stroje kanadyjskiej straży konnej, mógłbym zapomnieć gdzie jestem.














W Victorii znajduje się także kolejne na mojej drodze Chinatown. Nie tak duże jak to w Vancouver, ale również „naj” - tym razem, po prostu najstarsze. Na dzielnicę składa się dosłownie kilka ulic, sklepów, neonów, które nocą rozświetlały miłym dla oka blaskiem. Najbardziej malowniczym zaułkiem była zdecydowanie Aleja Fan Tan, wąska kiszka wzdłuż której rozstawiły się wybitnie nieazjatyckie sklepy z dziwnymi, zapewne modnymi rzeczami. Najczęściej przeze mnie odwiedzanym, dla odmiany, była restauracja Ocean Garden. Brzydka, wystrojona w plastiki, za to z ogromnym menu i całkiem smacznymi daniami.





Po zasłużonym posiłku, w asyście słońca powoli zachodzącego na horyzoncie, udałem się na bezcelowy spacer wzdłuż tzw. Birdcage Street. Tu zaczynały się już przedmieścia, które zwiastowały ich nieodłączne atrybuty: spokojne domki, wielkie samochody na podjazdach, uśmiechnięci ludzie, którzy witali się ze mną, bądź co bądź, brodatym, rudym i obcym wędrowcem, niczym ze starym znajomym. Było tam zasobnie chociaż nie wystawnie, pracowicie chociaż nie katorżniczo, po prostu godnie i normalnie, czyli dokładnie inaczej niż u nas... Różne refleksje nachodziły mnie tego wieczora.





Wieczorem przy zatoce swój koncert dawał człowiek-orkiestra, współczesny rybałt country bluesa i posiadacz imponującej brody, Dave Harris. Jednocześnie śpiewał, grał na gitarze, harmonijce i perkusji... I wszystko to robił co najmniej dobrze, a jego chrypiący głos zapamiętam już na zawsze jako jeden z najfajniejszych momentów podróży po Zachodnim Wybrzeżu. Rzuciłem garść dolarów do przysłowiowego kapelusza i posłuchałem kilku coverów w jego wykonaniu. „Heart of Gold” brzmiało naprawdę świetnie, przypominając mi z kolei jakim to niedocenianym artystą jest Neil Young, w którego wykonaniu lubię ten utwór wybitnie.




Kiedy już się nasyciłem kulturą przez spore „K”, a chłodny wieczór wyziębił mnie doszczętnie, udałem się niespiesznie do hotelu, po drodze zerkając na sklepowe wystawy, gdzie znaleźć można było sporo ciekawostek z pogranicza słodkiej tandety i niczym nie skrępowanej pomysłowości. Pod tym względem Victoria również była wyjątkowa. Zdałem sobie sprawę z tego, że współcześnie zupełnie zanikła sztuka urządzania witryn. Może to frazes, banał, ale czy tak właśnie nie jest? Sklepy obecnie nie kuszą przechodniów swoją zawartością, stały się bezpłciowe, pozbawione nimbu tajemnicy czekającej po przekroczeniu progu. Wszystkie zdają się być skrojone na jedną, efektywną i mdłą modłę. W tym miasteczku, dzięki ogromnej ilości wszelkiej maści antykwariatów, lombardów i sklepów z używanymi rzeczami, można jeszcze spędzić sporo czasu po prostu gapiąc się w szyby, zupełnie jak za słodkich czasów dzieciństwa!