czwartek, 18 maja 2017

18.05, Droga do Karpacza

Przez te kilka lat jeżdżenia po Polsce zrobiłem “w trasie” blisko sto tysięcy kilometrów. Nic więc dziwnego, że mam takie drogi, które lubię szczególnie. A pośród nich, prym wiedzie ekspresówka na Wrocław. Przede wszystkim dlatego, że prowadzi ona do serca Dolnego Śląska (czyli również do mojego serca, a przynajmniej, tej jego części, która odpowiada za uniesienia natury turystycznej). Jest również nowa, no i co równie ważne, zazwyczaj pusta. Zdarza się i tak, że w promieniu wzroku widać jeden samochód, a czasem nawet nie ma nawet tego. Cisza, spokój. Do tego, okolice i widoki dookoła trasy są miłe dla oka. Lasy, pola, z czasem nawet lekkie pagórki. Żadnych przedmieść, kominów, fabryk czy ruder, które psułyby ogólną percepcję. Dodatkowego uroku dodają specjalne “przejścia” dla zwierząt, dzięki którym mogą one swobodnie przemieszczać się po terenie, nie wchodząc “w paradę” rozpędzonym autom. Szanuję to.

A gdy kończy się ekspresówka robi się jeszcze ciekawiej, bo lokalnej “piątce” i “trójce” też urody nie można odmówić. Jechaliśmy nimi tego dnia z Gabrielą na nasz wspólny weekend do Karpacza i po drodze, gdy córka spała, pozwalałem sobie na głośne komentarze. Które można podsumować jednym zdaniem: JAK TU JEST KURWA PIĘKNIE. Był maj, wiosna w końcu pokonała ostatnie bastiony zimy. Przyroda wyglądała jakby ze wszystkich sił starała się nadrobić późny start w tym roku, wyciągając z rękawa wszystkie swoje “asy”. Na polach kwitł rzepak, na pagórkach fioletem kusiła lawenda, zieleń drzew i lasów mieniła się w słońcu, a niebo aż raziło błękitem.

Po drodze zatrzymaliśmy się w ludycznej knajpie na obiedzie. Nie lubię takich miejsc, ale zjeść przecież trzeba, szczególnie, że trasa z Warszawy do Karpacza to de facto blisko sześć godzin w drodze (wersja dla rodziców z dziećmi). Zazwyczaj takie przybytki są pretensjonalne, zatłoczone, głośne, a kulinarna oferta urąga godności. Tym razem, spełniło się tylko to drugie. Nasze spaghetti bolognese było tak złe, że czułem jego obecność w żołądku do samego wieczora. Wśród rozczarowanych gości spotkałem Macieja Miszkińa - ex boksera, którego pamiętam z niezliczonych gal, na których z reguły obijał kotlety, bredząc coś o swoich ambicjach sięgających mistrzostwa świata. Ale to tak naprawdę ciekawy i mądry człowiek. Zawiesił rękawice na kołku dokładnie wtedy, gdy zrozumiał, że nie ma szans na nic więcej. Zajął się komentatorką, biznesem i... karierą w strukturach Świadków Jehowy.

Do Karpacza dotarliśmy bezpiecznie, z piosenką na ustach. Zostawiliśmy nasze rzeczy w pokoju i pognaliśmy do centrum. A ja cały czas gapiłem się na masyw Śnieżki, który mnie swoją bliskością oraz skalą hipnotyzował. Bądź co bądź, kilka lat temu “wspinałem się” na Szczyt Świata, czyli ekwadorski Chimborazo i nie powiem, nabrałem ochoty, by “wrócić w góry”. Ale to innym razem.

Gabriela trochę poskakała po placu zabaw, a ja sumiennie zapisałem w swoim dzienniczku, że miasto “ma w sobie coś”. W sezonie jest tu pewnie beznadziejnie, ale my przyjechaliśmy na długo przed jego rozpoczęciem. Główny deptak był więc pustawy, a w każdej knajpce czekało na nas miejsce. Usiedliśmy w jednej z nich, a ja popijając kawę na tarasie, pomyślałem sobie, że się z tym Karpaczem chyba polubimy. Gaba jedząca lody zaś grzecznie się z tą tezę zgadzała, a przynajmniej, takie sprawiała wrażenie.