A gdy kończy się ekspresówka robi się jeszcze ciekawiej, bo lokalnej “piątce” i “trójce” też urody nie można odmówić. Jechaliśmy nimi tego dnia z Gabrielą na nasz wspólny weekend do Karpacza i po drodze, gdy córka spała, pozwalałem sobie na głośne komentarze. Które można podsumować jednym zdaniem: JAK TU JEST KURWA PIĘKNIE. Był maj, wiosna w końcu pokonała ostatnie bastiony zimy. Przyroda wyglądała jakby ze wszystkich sił starała się nadrobić późny start w tym roku, wyciągając z rękawa wszystkie swoje “asy”. Na polach kwitł rzepak, na pagórkach fioletem kusiła lawenda, zieleń drzew i lasów mieniła się w słońcu, a niebo aż raziło błękitem.
Po drodze zatrzymaliśmy się w ludycznej knajpie na obiedzie. Nie lubię takich miejsc, ale zjeść przecież trzeba, szczególnie, że trasa z Warszawy do Karpacza to de facto blisko sześć godzin w drodze (wersja dla rodziców z dziećmi). Zazwyczaj takie przybytki są pretensjonalne, zatłoczone, głośne, a kulinarna oferta urąga godności. Tym razem, spełniło się tylko to drugie. Nasze spaghetti bolognese było tak złe, że czułem jego obecność w żołądku do samego wieczora. Wśród rozczarowanych gości spotkałem Macieja Miszkińa - ex boksera, którego pamiętam z niezliczonych gal, na których z reguły obijał kotlety, bredząc coś o swoich ambicjach sięgających mistrzostwa świata. Ale to tak naprawdę ciekawy i mądry człowiek. Zawiesił rękawice na kołku dokładnie wtedy, gdy zrozumiał, że nie ma szans na nic więcej. Zajął się komentatorką, biznesem i... karierą w strukturach Świadków Jehowy.
Do Karpacza dotarliśmy bezpiecznie, z piosenką na ustach. Zostawiliśmy nasze rzeczy w pokoju i pognaliśmy do centrum. A ja cały czas gapiłem się na masyw Śnieżki, który mnie swoją bliskością oraz skalą hipnotyzował. Bądź co bądź, kilka lat temu “wspinałem się” na Szczyt Świata, czyli ekwadorski Chimborazo i nie powiem, nabrałem ochoty, by “wrócić w góry”. Ale to innym razem.

Gabriela trochę poskakała po placu zabaw, a ja sumiennie zapisałem w swoim dzienniczku, że miasto “ma w sobie coś”. W sezonie jest tu pewnie beznadziejnie, ale my przyjechaliśmy na długo przed jego rozpoczęciem. Główny deptak był więc pustawy, a w każdej knajpce czekało na nas miejsce. Usiedliśmy w jednej z nich, a ja popijając kawę na tarasie, pomyślałem sobie, że się z tym Karpaczem chyba polubimy. Gaba jedząca lody zaś grzecznie się z tą tezę zgadzała, a przynajmniej, takie sprawiała wrażenie.
