wtorek, 2 maja 2017

28.04-02.05, Golub - tak, Dobrzyń - niekoniecznie

Golub-Dobrzyń. Pierwsze skojarzenie - zamek. Drugie - moje wujostwo, które tam od lat mieszka. Nigdy ich nie odwiedziłem, chociaż raz jeden, było nawet blisko. To był chyba 1991 rok, miałem wtedy dziesięć lat i myśl o tym, że spędzę kilka dni wakacji w okolicy Zamku Krzyżackiego, z dala od domu i nudy, rozbudzała moją wyobraźnię. Tak, tak, już wtedy było ze mną coś nie tak. To i tak wszystko wina Zbigniewa Nienackiego i “Pana Samochodzika”, w którym zaczytywałem się jak szalony. Niestety, nic z tego wyjazdu nie wyszło. To ogromne rozczarowanie pamiętam, jak widać, do dzisiaj.

Teraz, cóż, mam lat trzydzieści sześć i sam decyduje gdzie i kiedy jadę. Postanowiłem więc spędzić majówkę właśnie w Golubiu-Dobrzyniu, szczególnie, że nie jest tam daleko, a tegoroczny kalendarz aż zachęcał do tego, by skorzystać z “długiego weekendu”.

***

Mieszkaliśmy w zupełnie nowym hotelu. Nazywał się “Dwór Fijewo”. Jeszcze pachniał nowością, a dokładniej pisząc, słodko-kwaśnymi nutami robotników oraz brutalnością ostatnich maźnięć szpadlem. Wystrój wnętrz jasno wskazywał, że turystyka indywidualna jest jedynie “przy okazji”, głównego przeznaczenia miejsca jakim będą wesela, stypy oraz urodziny. Nie nasz styl, ale zakładamy, że innym się podoba. A nam nie musi.

Z kolei personel składał się z branżowych nuworyszy. Ich brak doświadczenia był jednak bardziej słodki niż irytujący. Pani w recepcji nie do końca wiedziała czy na nasz widok ma wstawać czy też może niekoniecznie (a to miły, acz zapomniany obecnie zwyczaj, który mówi wiele o miejscu i jego właścicielach). Największy problem był z nami na śniadaniu. Mieszkaliśmy w apartamencie, który teoretycznie mógł pomieścić czwórkę dorosłych. A skoro tak, przyniesiono nam śniadanie dla takiej liczby osób. Na widok góry jajek i kilograma wędliny zrobiło nam się słabo, szczególnie, że oboje z żoną mamy zaszczepiony szacunek do jedzenia. Jak dają, to wypada zjeść. Tego jednak nie daliśmy radę.

Do Zamku mieliśmy dosłownie kilka kroków, odwiedzaliśmy go więc regularnie. Nie jest co prawda duży, ale swoje niewielkie rozmiary skutecznie nadrabia położeniem: na wysokim, morenowym wzniesieniu góruje on nad okolicznymi zabudowaniami, dzięki czemu, widać go z daleka. Jest także świetnie utrzymany, przez co miał i nadal ma ogromną wartość dla historyków, szczególnie, że zalicza się do grupy najstarszych kaszteli krzyżackich. Chociaż na przestrzeni dziejów, przeszedł on wiele “poprawek”, które co nieco stępiły jego gotycki i militarny charakter. Do takich ulepszeń zaliczyć wypada chociażby renesansowe attyki, które wieńczą mury zamku od mniej więcej XVII wieku i które są zresztą typowe dla ówczesnej architektury Rzeczpospolitej. Podobnie jak wszystkie budowle krzyżackie, i Zamek w Golubiu był w swoim czasie składowiskiem rupieci, ruiną czy lazaretem. Dziś jest zaś hotelem. Drogim, zapchanym, no i raczej słabo ocenianym, co jest zresztą regułą w tego typu przybytkach. Albo mieszkają w nim goście wymagający i skorzy do narzekań, albo po prostu, jak się ma świadomość, że ludzie i tak będą przyjeżdżać, to właściciele specjalnie obniżają standard, podnosząc sobie marże.



U podnóża zamku rozciąga się miasto. A dokładnie, Golub, bo dzisiejszy Golub-Dobrzyń składa się przecież z dwóch miejskich organizmów połączonych dopiero w 1951 roku. Obie części rozdziela rzeka Drwęca, jak również, historia. W Golubiu jest Stare Miasto, a dokładniej pisząc, rynek i kilka odchodzących od niego uliczek, które ograniczone są resztkami miejskich murów. Szczególnie uroczo prezentują się one z zamkowego wzniesienia. Ten dystans nadaje im trochę tajemniczości, trochę też oszukuje skalę, no i maskuje rozliczne wady, o których za chwilę.

“Stary” Golub nie jest duży. Jego teren od współczesności odgradza resztka zachowanych miejskich murów. Ale kryje on w sobie trochę miłych dla oka widoków. Takich chociażby jak miejskie kamieniczki pochodzące z kilkuset ostatnich lat, czy też dom podcieniowy z 1771 roku. Kawałek dalej znajduje się również gotycki kościół z przełomu XIII i XIV wieku. Oraz bardziej współczesny, który obecnie jest szkołą - być może, najładniejszą szkołą jaką do tej pory widziałem.




Nie jest to może architektoniczne arcydzieło, ale lubię takie małomiasteczkowe klimaty i ten również przypadł mi do gustu. Szczególnie, gdy pogoda zrobiła się dla nas łaskawa. Bo przez pierwsze dni, majówka była chłodna i pochmurna. Co mocno rzutowało na to w jaki sposób postrzegałem tę okolicę. “Strefa cienia” była wtedy wyczuwalna na każdym kroku i reprezentowana przez chociażby: odrapane mury, pranie suszące się tuż nad jeziorami błota, zakątki śmierdzące uryną, żuli wystających w walących się bramach, przepite ocza przechodniów obu płci, no i dresiarzów z kapturami na niedomytych łbach. Niby nic nowego, ale po kilku miesiącach słoty, takie widoki w maju zaczynały być męczące dla moich oczu oraz duszy. Kiedy ich zabrakło, a zza chmur wyjrzało słońce, poczułem radość. Chyba robię się stary, kiedyś takie rzeczy w ogóle mnie nie “ruszały”...


O ile Golub jest leciwy i poniekąd dostojny, Dobrzyń to w praktyce ahistoryczne przedmieście, którego głównym zabytkiem jest kościół z drugiej połowy XIX wieku. Poza tym, same bloki, domki jednorodzinne, kilka sklepów i restauracji, czy raczej, miejsc, gdzie można coś zjeść, bo “restauracja” to jednak byłby za duży komplement. Nic ciekawego niestety. Takie miejsca zwykłem określać jednym słowem - “Piaseczno”. Nic do Piaseczna oczywiście nie mam, ale z całym szacunkiem, jest dla mnie symbolem miejskiej nieciekawości, która udzieliła się również Dobrzyniowi.

***

Zaletą miasta jest również jego dogodne położenie. Korzystaliśmy z tego i przez nasz pobyt, podróżowaliśmy po okolicach. Odwiedziliśmy Osadę Karbówko, ciekawe miejsce, położone w oddali od cywilizacji, gdzie zjedliśmy świetny obiad i zajęliśmy dziećmi różnymi rozrywkami. Popełniłem również błąd i innego dnia, pojechałem do Torunia. Okazało się, że odbywa się wtedy uliczny bieg, wszystko więc było zakorkowane. Zanim znalazłem miejsce parkingowe, wszyscy w samochodzie, łącznie ze mną, mieli już dosyć. Trochę szkoda. Zupełnie inne wspomnienia za to mieć będziemy z Sierpca. Tamtejszy skansen okazał się świetnym, zaskakująco nowoczesnym miejscem, do którego na pewno chciałbym wrócić.