piątek, 19 maja 2017

19.05, Śląskie Elizjum

Pobudka o 6:40. Jemy śniadanie i idziemy na spacer “do miasta”. Jako, że mieszkamy na górze, czyli w Wilczej Porębie, do śródmieścia mamy kawałek. Błąd, że nie wziąłem wózka, bo Gabrysia szybko się zmęczyła i musiałem ją nieść na rękach. Przez co spociłem się jak świnia, ale parafrazując - lepiej się spocić i śmierdzieć jak świnia w Karkonoszach, niż pachnieć fiołkami siedząc w biurze na Domaniewskiej.

Karpacz naprawdę mi się podobał. Architektonicznie może szału nie ma, ale miasto ma swój klimat i trzyma poziom. Jest w nim dużo zieleni, zabudowa jest z reguły zwarta i w miarę jednorodna. Poza Świątynią Wang (do której nie dotarliśmy), jest w niej jeszcze kilka pomniejszych zabytków, ale najpiękniejsze są zdecydowanie widoki dookoła. Szczególnie, że część szczytów była jeszcze biała, co z perspektywy gorącej ulicy, dodawało tej panoramie dodatkowego, onirycznego wymiaru.



Co ważne, Karpacz ma wiele atrakcji dla dzieci. Dlatego zresztą wybrałem to miejsce. Jest tam chociażby “muzeum” klocków LEGO. A nawet, dwie tego typu placówki, które zresztą ze sobą dosyć bezceremonialnie rywalizują. Odwiedziliśmy oba z nich. Gabrieli się podobało, mieliśmy sporo radości, chociaż cała ekspozycja nie jest duża, podobnie jak powierzchnie obu przybytków. W sezonie musi tam fatalnie i tłoczno, ale my nie mieliśmy problemu, bo byliśmy jedynymi gośćmi. Tak to można zwiedzać!

Obok naszego hotelu był z kolei “Park Bajek”. Który również odwiedziliśmy i to niejeden raz. Teren był nawet spory, a na nim ustawiono gabloty z lalkami, które po naciśnięciu przycisku zaczynały się poruszać w rytm czytanej przez lektora opowieści. Gabriela z zainteresowaniem słuchała wszystkich ekspozycji. Niektóre kazała sobie włączać kilka razy. Ja słuchałem ich z przerażeniem, bo zdałem sobie sprawę, że tzw. “klasyka”, czyli Jaś i Małgosia, Siedmiu Krasnoludków czy Roszpunka to opowieści ociekające krwią, przemocą i brutalnością wobec najmłodszych. Ciekawe kiedy jakiś nawiedzony postępowiec wpadnie na oczywisty pomysł, że trzeba je zdelegalizować albo przynajmniej, napisać od nowa. Szczególnie, że wywołują one wiele pytań, np. o to czy wilki naprawdę jedzą dzieci, albo dlaczego sierotka Marysia nie ma rodziców. Z drugiej strony, bajki są odzwierciedleniem rzeczywistości w jakiej powstawały i z pobieżnej analizy ich treści wynika, że przed wiekami, życie musiało być naprawdę ogromną udręką i bólem. Często o tym zupełnie zapominamy.


***

Po obiedzie wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy zwiedzać Dolinę Ogrodów i Pałaców. To umowna nazwa obszaru o powierzchni około 100 km2, który geograficznie, mniej więcej, pokrywa terytorium Kotliny Jeleniogórskiej. A tam, pośród gęstych lasów, licznych pagórków i jezior, znajduje się około trzydziestu historycznych obiektów, będących pamiątką po nobliwej przeszłości tych ziem oraz ich dawnych właścicielach. Do których zaliczyć można pruską rodzinę królewską, ale również - naszą rodzimą szlachtę. Stan poszczególnych obiektów jest różny. Niektóre są wyremontowane, innym bliżej do miana ruiny. Podobnie rzecz ma się z ich stylami - znaleźć można zarówno gotyk, jak i bardziej współczesne formy. Szczególnie, że wiele rezydencji przebudowywano w XIX wieku, kiedy Dolina była popularna wśród europejskich elit jako miejsce wypoczynku i kuracji. Przyjeżdżał tu m.in. sam Goethe. Dziś, obszar ten dopiero odzyskuje swój dawny blask i rozpoznawalność, chociaż przeciętny turystyka w klapkach z pewnością woli zjeść lody-kręciołki w Karpaczu, niż oglądać zabytki, więc o przyszłość i “niezadeptanie” można chyba być spokojnym.

W takim miejscu pojawia się problem, gdzie pojechać. To się nazywa paradoks wyboru - im większy wybór, tym często trudniej o decyzję. Po namysłach, najpierw ruszyliśmy do Bukowca. To znaczy, ja ruszyłem, a Gaba poszła oczywiście spać. Jechałem więc powoli, starając się cieszyć chwilą, chłonąć otoczenie i dawkować sobie podniecenie jakie zazwyczaj mi się udziela podczas takich przejażdżek po Dolnym Śląsku. Miejsce docelowo okazało się być zapomnianą wioską, z wielkimi spichlerzami zlokalizowanymi tuż obok drogi, ale i widokiem na pobliski pagórek, gdzie pyszniła się biała jak śnieg, Świątynia Ateny. Cytując klasyka - “nikt nie spodziewa się Świątyni Ateny w takim miejscu jak to”.


Dawny zespół pałacowy oferował naprawdę wiele ciekawostek. Które docenialiśmy szczególnie, ponieważ byliśmy tam zupełnie sami, nie licząc pani pracującej w pobliskiej kawiarnii (sic!). “Nikt nie spodziewał się kawiarnii w miejscu tak pustym jak Bukowiec”.

Najpierw wspięliśmy się na rzeczone wzniesienie, potem wąchaliśmy kwitnące kwiatki, zerknęliśmy w stronę innych pawilonów parkowych, a następnie poszliśmy nad brzeg jeziora. W tle majaczył nas masyw Karkonoszy. W powietrzu słychać było świerszcze i ptaki. Nie chce razić słownictwem, ale znowuż wypadało wypowiedzieć sakramentalne: O KURWA JAK TU PIĘKNIE. Można się silić na elegancki język, ale prawda jest taka, że żadne słowa nie są w stanie oddać moich wewnętrznych emocji lepiej niż taka prostacka wiązanka.

Wsiedliśmy niespiesznie w samochód i ruszyliśmy dalej, do Łomnicy. Tam z kolei było już więcej ludzi, w tym głośna teutońska wycieczka. A szkoda, bo tamtejszy Pałac naprawdę robił wrażenie. Niestety, nasi zachodni sąsiedzi skutecznie utrudniali mi kontemplację, a Gabriela zaczynała coś wspominać o kolacji, więc wróciliśmy do Karpacza. Chcieliśmy coś zjeść w folwarku zlokalizowanym naprzeciwko Pałacu, ale pani z obsługi stwierdziła, że zanim nakarmi wspomnianą już gromadkę, dla nas nic nie zostanie.

Zabawne jest to, że byliśmy oddaleni od naszego hotelu o piętnaście kilometrów, a przez większą część “wyprawy” w Dolinę orbitowaliśmy wokół granic administracyjnych Jeleniej Góry. Takie zagubienie w czasie i przestrzeni lubię szczególnie.