
Trzymaliśmy się zasady “ranek dla dziecka, popołudnie dla ojca”. To było z mojej strony lisio sprytne zagranie. Wiadomo bowiem, że poranek kończy się najpóźniej o 12:00, a kiedy kończy się popołudnie? Ha! Tego nikt nie wie. A już na pewno nie wie tego trzylatka. 1:0 dla mnie.
Najpierw pojechaliśmy do Muzeum Lalek, zlokalizowanego w budynku dawnego dworca. Wystawa była fajna i pouczająca, nawet dla dorosłego ramola. Zabawek było dużo i reprezentowały różne kraje oraz epoki. Najbardziej spodobał mi się poszukiwacz opali, sympatyczny brodacz rodem z Australii. Przypomniało mi się, że będąc dzieckiem oglądałem film o takowym. I za cholerę nie mogę znaleźć jego tytułu, chociaż jestem prawie pewien, że maczał w nim ręce sam Jim Henson. Na widok wielu innych eksponatów robiło mi się jednak nieswojo. Ważne, że Gabie się podobało wszystko i nie miała wątpliwości na widok świdrujących oczu oraz ząbków tego potwora:

Oglądaliśmy też klocki LEGO i oczywiście, byliśmy w Parku Bajek. Wstąpiliśmy na ciastko i do księgarni, którą prowadził “pan nienawidzący Żydów oraz komuchów”. Zabawne, że z jednej strony pomstował, a z drugiej sprzedawał komuś biblię na pierwszą komunię. A przecież Ci co biorą komunię to komuniści. Chciałem mu to wyjaśnić, ale dałem sobie spokój, bo wątpię, by zrozumiał tak głęboki żart.
***
A potem znowu wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy w stronę Doliny. Tym razem, w pierwszej kolejności, zobaczyć Mysłakowice. To akurat pałac, który miał trochę więcej pecha niż szczęścia. W przeciwieństwie do tych oglądanych wczoraj, jest bowiem w umiarkowanym stanie. Na co dzień pełni funkcję szkoły, jego nobliwa elewacja nie ma więc pewnie lekko. No bo przecież trzeba jakoś światu ogłosić, że Elka to lampucera, a Krzysiek to konfitura. A wiadomo, że szkolne mury i scyzoryk nadają się do tego najlepiej.




Ciekawe, jak to jest być uczniem i chodzić do szkoły zlokalizowanej w dawnym pałacu? Brzmi to trochę ekscentrycznie i brytyjsko. Chociaż współczesne dzieciaki pewnie mają to w nosie. W czasach swojej świetności była to rezydencja Króla Prus, Fryderyka Wilhelma IV. To ten, który pod koniec życia zwariował, a i wcześniej zachowywał się dziwnie. Dzisiaj jego dawna włość prezentuje się może nieco mniej nobliwie, ale już sam nie wiem co gorsze - bycie szkołą czy też luksusowym hotelem dla snobów?

Kawałek dalej, w zachowanej resztce dawnego założenia parkowego, znaleźć można było inne ciekawostki. Takie jak “brama” zbudowana z … żuchwy wieloryba grenlandzkiego (obecnie jego imitacji, ponieważ oryginał znajduje się w muzeum). Czy też klasycystyczny kościół, którego elementem wyposażenia są kolumny sprowadzone z Pompejów. We wsi nieopodal ludzie nadal mieszkają w domkach, które jak żywo przypominają Tyrol. Sporo tych atrakcji jak na zapadłą wioskę, gdzieś z dala od utartych szlaków. To mi się podobało!

Następnie pojechaliśmy do Wojanowa. Gabriela jak usnęła, tak nadal spała, więc podobnie jak w Mysłakowicach, miałem czas dla siebie. Wystarczyło ją przełożyć z samochodu do wózka i można było chodzić godzinami w ciszy oraz spokoju. Wspaniała sprawa!
Ten Pałac był z kolei aż przesadnie wypielęgnowany. Dziś mieści się w nim hotel i to taki, że nadal mnie na niego nie stać. O czym świadczyły chociażby zaparkowane samochody, jak i szybki przegląd cen. Noc za tysiąc złotych? Dziękuję, ja wysiadam.

Wojanów miał w swojej historii trochę szczęścia i sporo pecha. Tyle, że tego pierwszego jednak więcej niż mniej. Podobnie jak wcześniejszy obiekt, ten również należał do pruskiej rodziny królewskiej. Po wojnie zaś stał się PGR-em. Potem budynek strawił pożar i dopiero niedawno, powstał on z kolan. Cały kompleks jest obecnie otwarty dla gości i przyznać trzeba, że prezentuje się znakomicie. Chyba najlepiej ze wszystkich obejrzanych przeze mnie miejsc, chociaż w prywatnym rankingu stawiam wyżej samotność Bukowca nad splendor Wojanowa. Do obu jednak z chęcią bym wrócił, szczególnie, że Dolinę Pałaców i Ogrodów należy uznać za ledwo, ledwo przez nas liźniętą.
