poniedziałek, 5 października 2015

03-05.10, Rewizja Miasta Upadłego

Moje pierwsze (i ostatnie…) skojarzenie z Łodzią to piłka nożna. W sumie, nic dziwnego, bo pacholęciem będąc wiedzę o Polsce zdobywałem śledząc głównie rozgrywki ligowe. Oglądałem mecze (tak, tak, kiedyś transmitowano je w ogólnodostępnej telewizji), czytałem regularnie “Przegląd” i “Piłkę Nożną” oraz nieustannie wertowałem kolejne “Skarby Kibica”. Wtedy też wyrabiałem swoje pierwsze sympatie i antypatie, z których wiele żyje we mnie do dzisiaj. Pewne kluby i miasta od razu mi się podobały - Hetman Zamość, Odra Opole, Bałtyk Gdynia, a nawet milicyjna Olimpia Poznań miały nazwy intrygujące i “światowe”, które budziły zrazu moją sympatię (najpiękniejsza oczywiście była ONA - Polonia Warszawa). Inne zaś mnie zniechęcały i budziły złe skojarzenia. Do tej drugiej grupy należał i Widzew i ŁKS. Oba łódzkie kluby prezentowały się jakoś niezbyt ciekawie. Miały nijakie nazwy (co to w ogóle znaczy “Widzew”?) i sprawiały wrażenie mocno “niereprezentacyjnych” pod niemal każdym względem. I to nawet na tle ówczesnej ligowej rzeczywistości, która wyglądała jakby przeszło przez nie tornado, potem Wehrmacht, a na końcu jeszcze Armia Czerwona. I ŁKS i Widzem grały na okropnych stadionach, w sumie to były to nawet nie stadiony, a ich ruiny: betonowe, niezadaszone owale, w latach 90-tych “ozdobione” kolorowymi reklamami, co jedynie dodawało im niewyjściowego wyglądu. Ale to nikomu w sumie nie przeszkadzało,bo na takie obiekty w tamtych czasach przychodzili nie miłośnicy dobrej architektury, a głównie poszukiwacze mocniejszych wrażeń. Łódzcy kibice od zawsze zaliczali się do ścisłej kibolskiej czołówki, a ich wygląd, cóż, powiedzmy, że dobrze pasował do reszty. Spójrzmy tylko na zdjęcie na dole - właścicielem zaciśniętej pięści jest zresztą Pan Wiechecki, czyli niedawny Minister Gospodarki Morskiej, w latach młodości, sympatyk Widzewa, idealnie zresztą reprezentujący ówczesny styl dominujący na stadionach i poza nimi. Można go nazwać zresztą stylem psychologiczno-homoseksualnym, bo standardowo kontakt z kibicami zaczynało pytanie “czy masz jakiś kurwa problem, pedale?”

Sami piłkarze (oraz trenerzy) też piękni nie byli, ale w Łodzi dodatkowo “zyskiwali” na wątpliwej urodzie. Czego przykładem niech będzie te oto zdjęcie Franciszka Smudy (w pozie iskającej się małpy) stojącego obok eleganckiego Pawła Janasa. Pokazuje to chyba idealnie jaka odległość dzieliła wtedy Łódź od Warszawy:

Nie żeby początek lat 90-tych wyglądał inaczej poza Łodzią. Wszędzie było równie brzydko i smutno, ale miałem wtedy wrażenie, że w Łodzi wszystko było “bardziej” - szare, smutne, trudne, brutalne, zabłocone. Nie bez znaczenia było to, że w powszechnej świadomości to miasto jawiło się jako aglomeracja upadła, pozbawiona energii, no i niebezpieczna. W Łodzi szczególnie mocno odczuto transformację, po przełomie upadły rozliczne zakłady produkcyjne, wzrosło bezrobocie i przestępczość, a “nowy biznes” omijał to wszystko z daleka, szczególnie, że niedaleko była przecież stolica, dynamiczna, pozbawiona większości bolączek trapiących “Miasto Włókniarzy”. Tak chociażby wyglądała sytuacja w roku 1993, ten materiał Kroniki Filmowej ma zresztą wielce wymowną nazwę - “S.O.S z Łodzi”:

To wszystko sprawiło, że nigdy się szczególnie tym miastem nie interesowałem i swojej skromnej wiedzy na jego temat nigdy nie powiększyłem poza ww. zbiór frazesów. Byłem w nim raz, na meczu wyjazdowym, na stadionie Widzewa. Zapamiętałem tylko blokowiska i irracjonalnie dużo pustej przestrzeni, przetykanej zielenią i różnymi ruinami. No i sympatyków drużyny przeciwnej, którzy pokazali, że od czasów Pana Wiecheckiego niewiele się u nich zmieniło. Potem raz przez nie przejeżdżałem w drodze na Dolny Śląsk, no i wtedy to właśnie, zainteresowało mnie to, co zobaczyłem za oknem. Okazało się co prawda, że jest ono fatalnie wręcz rozkopane i rozwlekłe, ale również - inne niż wszystkie inne. Więc, korzystając z przedłużonego weekendu, pojechaliśmy poznać się z tą Łodzią bliżej i skonfrontować moje głupie uprzedzenia z rzeczywistością.


***


Droga z Warszawy do Łodzi zrobiła się wygodna, bo większość trasy pokonuje się autostradą. Kiedy się jednak wjeżdża do miasta, robi się już mniej przyjemnie. Przede wszystkim przez remonty. Kluczyłem po ulicach dobrych kilkadziesiąt minut, próbując dotrzeć do hotelu. Co chwila trafiałem na kolejne rozkopy i objazdy, które oddalały mnie od miejsca docelowego. Front remontowy dobrze wróży na przyszłość (Łódź w końcu będzie miała poprawioną infrastrukturę), ale fatalnie świadczy o przeszłości, bo pokazuje lata zaniedbań, które teraz się hurtowo próbuje nadrobić.


Nasz hotel, mniejsza o nazwę, też był fatalny. Miał niby cztery gwiazdki i spełniał ich wymogi od strony formalnej, ale w praktyce, było to miejsce dosyć mocno wytarte przez czas, z niemiłą obsługą i zakamarkami, gdzie składowano brud. Zza okien mieliśmy typowo łódzki widok: w pokoju - na blokowiska, z restauracji - niespodzianka, na rozkopaną ulicę, po której, wte i wewte krążyły walce oraz wywrotki. Na całe szczęście, to koniec narzekania, bo sama Łódź okazała się miejscem iście magicznym.


Przede wszystkim, jest ona monumentalna. A monumentalności właśnie często mi brakuje w rodzimych miastach. Kamienice na ulicy Piotrowskiej są duże, zdobne i reprezentacyjne. Stanowią one zwartą całość, bez poważnych wyrw, bez nadmiaru współczesnych plomb. Dawne fabryki są z kolei rozległe, masywne i dobrze pokazują skalę niegdyś w nich prowadzonej produkcji. Po drugie, jest ona zupełnie inna, bo jej historyczna tkanka powstała w inny sposób niż w większości naszych miast. Nie ma tu wcale, typowej dla Kongresówki, architektury klasycystycznej, której, jak wiadomo, szczerze nieznoszę. Łodzi trochę bliżej jest do terenów “Ziem Odzyskanych”, ale i od nich się różni znacząco. Ma po prostu swój własny styl, styl przemysłowej, ale i kosmopolitycznej aglomeracji rodem z XIX wieku, w której nagle rodziły się bajeczne fortuny i w której rozmawiano na ulicach w wielu językach świata. Często się mówi, że jest to pierwsze, nowoczesne miasto w Polsce i jest w tym dużo racji, bo większość zabudowy powstała w XIX i na początku XX wieku, dlatego też, z zachowaniem proporcji, Łódź może przypominać … miasta Ameryki Północnej. Po trzecie, wyszła z wojny bez szwanku. Złośliwi dodają, że tylko dlatego, iż Niemcom wydawało się, że już je zrównali z ziemią.





Łódź ma wiele oblicz. To też dodaje jej uroku. Można by w niej nakręcić zarówno film w anturażu post-apokalipsy, jak również, udawać, że akcja dzieje się w sercu Paryża, tudzież innego, wielkiego europejskiego miasta. Przedmieścia są fatalne i tu się chyba niewiele zmieniło od lat 90-tych. W śródmieściu jest różnie, przede wszystkim, chaotycznie. Ale na Piotrkowskiej i w jej bezpośrednim otoczeniu, Łódź prezentuje się zjawiskowo i nader przyjemnie dla wszystkich zmysłów. “Pietryga” jak nazywają ją mieszkańcy, ma ponad 4 kilometry długości, z czego połowa tego dystansu (od zbiegu z ulicą Piłsudskiego do Placu Wolności) to prawdziwa wizytówka miasta, pełna pięknych kamienic, restauracji, barów, sklepów i ogólnie, wielkomiejskiego życia. Przez trzy dni spacerowaliśmy po tej okolicy i codziennie odkrywaliśmy coś nowego: a to jakieś ciekawe podwórko z oryginalną knajpą, a to jakieś zdobienia frontów budynków, a to pomniki, zaułki i różne, często drobne, smaczki.






Pierwszego dnia trafiliśmy na festiwal ulicznego żarcia. Odbywał on się w dawnej fabryce, takiej, która jeszcze nie przeszła porządnego remontu i w której nadal panował dzięki temu unikalny, industrialny klimat. Tłum był spory, ale moja wrodzona niechęć do nadmiaru ludzi przegrała z miłością do jedzenia. Szczególnie, że znalazłem miejsce, w którym serwowano burgery z mortadelą. Ania z kolei, jak to Ania, spotkała na miejscu koleżankę, która założyła food trucka z … czeskimi przysmakami (sama jest zresztą właśnie z Czech).

Strasznie mi się to wszystko spodobało, zresztą, w Łodzi mieliśmy szczęście do dobrej kuchni. Na terenie dawnej fabryki bawełny niejakiego Franciszka Ramischa, powstała “Piotrkowska Off”, miejsce, w którym zlokalizowane są różne restauracje, sklepy z ciuchami, biura “alternatywnych” biznesmenów i inne dziwne przedsięwzięcia. Zjedliśmy tam kilka dobrych posiłków i spędziliśmy trochę czasu obserwując Łódź… jakiej się nie spodziewałem zobaczyć.







Drugiego dnia odwiedziliśmy z kolei Manufakturę. To jeden z najsłynniejszych, nie tylko w Polsce, przykładów na rewitalizację terenów przemysłowych. Na ogromnym terenie znajduje się mnóstwo sklepów, knajp, jak i innych atrakcji, takich jak kino czy też muzeum. O ile “Piotrkowska Off” mnie ujęła, tak to miejsce trochę mnie wymęczyło swoją komercją, rozmiarami, no i tłumami. Za dużo, za głośno, za drogo!

Ale wybrać się tam było warto, szczególnie, że niedaleko tego kompleksu znajduje się piękny Pałac Izraela Poznańskiego, zwany też Łódzkim Luwrem, co nie powinno dziwić, albowiem jego uroda faktycznie przywodzi na myśl Paryż. Szkoda jedynie, że obecnie ciężko jest ten budynek dobrze uchwycić na zdjęciu, w czym przeszkadza ruchliwa ulica, pełna samochodów i tramwajów.

Bogusław Linda jakiś czas temu stwierdził, że “Łódź to miasto umarłe, miasto meneli”. Wypowiedź odnosiła się akurat do upadku lokalnego przemysłu filmowego, ale zabolała mieszkańców, szczególnie, że ostatnie lata to jednak okres odbudowy i nowej nadziei na lepsze jutro. Nie mnie oceniać czy Linda przesadził, czy też powiedział prawdę (aczkolwiek - uważam, że akurat temu człowiekowi zdarza się dosyć często mówić sensowne, acz nieprzyjemne rzeczy), ale fakt jest taki, że przez weekend wielokrotnie napotykaliśmy na menelstwo. I to takie naprawdę zaawansowane, leżące pokotem, obszczane, śpiące albo dla odmiany, wulgarne i sprawiające wrażenie dzikiego. Może w Warszawie chodzę nie tam, gdzie trzeba, ale odniosłem wrażenie, że u nas takie obrazki od pewnego czasu zniknęły z codziennej agendy, podczas gdy w Łodzi nadal wydają się być standardem. Szczególnie widocznym, gdy weźmie się pod uwagę to, że wszystko dzieje się na Piotrkowskiej, w cieniu potężnych kamienic i w świetle eleganckich wystaw. Podczas któregoś ze spaceru zaczepił nas dla przykładu pewien dżentelmen z doszczętnie obitą gębą, który zapytał nas - “bardzo widać, że dostałem w mordę?”. Pewnie się gdzieś spieszył, gdzieś, gdzie jego fioletowo-śliwkowe oblicze, mogło być problemem. Wydawał się przejęty odpowiedzią jaką usłyszał. Cała sytuacja była irracjonalna, ale oczywiście, zupełnie bezpieczna.

Do Łodzi z chęcią bym wrócił i pewnie wcześniej czy później, to nastąpi. To idealne miasto na weekend, również na taki zimą albo jesienią (my akurat mieliśmy dobrą pogodę, ale na wypadek deszczu i tak byłoby co tam robić). Nawet jeżeli uroda tego miejsca ogranicza się do jednej ulicy (czasami wystarczy ledwie skręcić w bok i po kilkunastu metrach cały czar “Pietrygi” znika), to jest to ulica wyjątkowa i godna częstszych odwiedzin. Jej splendor, z pozycji Warszawiaka, zawstydza stolicę, czy raczej - pozostałości po stolicy jakie ostały się po wojnie. Łódź ma oczywiście janusowe oblicze, ale tak jak już pisałem - jej schizofrenia dodaje tylko dodatkowego uroku. Ruiny są klimatyczne, oczywiście, jeżeli nie trzeba na co dzień wśród nich żyć. Gdzieś w trzewiach tej aglomeracji są jeszcze m.in. ZOO (w końcu mam zamiar odwiedzić wszystkie tego typu placówki w Polsce, więc to również!) Muzeum Animacji Se-ma-for i pewnie jeszcze sporo ex-fabryk, które z czasem zamienią się w kolejne modne miejsca i nie mogę się doczekać okazji, kiedy będę mógł poznać przynajmniej część z nich osobiście. Wypada mi również trochę przeprosić Łódź i przyznać, że przez lata żyłem w błędzie, nie doceniając tego, że to naprawdę ciekawe miasto.