czwartek, 31 grudnia 2015

Podsumowanie roku 2015

Pod względem “podróżniczym” rok 2015 był rokiem “przesuwania wajchy”. Czyli - zmiany podejścia. Mniej było podróży zagranicznych (trzy eskapady, łącznie dziewięć lotów), więcej za to jeżdżenia po Polsce z rodziną (tysiące kilometrów!). W sumie, praktycznie co miesiąc odwiedzaliśmy jakieś nowe miejsce! Wszystko zresztą naturalnie się zgrało i ewolucja ta bardzo mi pasowała. Także dlatego, że zaczęła we mnie rosnąć ciekawość poznawania tego co bliskie, z kolei, to co dalekie trochę straciło na swojej atrakcyjności. Planowanie wyjazdów “w Polskę” sprawiało mi zresztą mnóstwo radości. Każdy kolejny wyjazd odkrywał przede mną coś nowego, ale budował we mnie również przekonanie, że coraz więcej rzeczy czeka na odkrycie. Nie mogłem się doczekać każdego kolejnego wyjazdu, także dlatego, że była to zawsze okazja do chwilowej ucieczki od pracy. Myślę, że ta erupcja miłości do tego co swojskie i bliskie, jest poniekąd naturalnym porządkiem rzeczy, co zresztą, bardzo cieszy moją konserwatywną duszę. Myślę też, że gdy przyjdzie pora na powrót do podróży na koniec globu, to wsiadając do samolotu znowu będę odczuwał ową dziką radość, taką jak ta, gdy leciałem pierwszy raz do Tajlandii i taką, której mi ostatnio brakowało.


W roku 2015 odwiedziłem:


W styczniu pojechaliśmy do Olsztyna. Mieszkaliśmy w eleganckim hotelu, który chwilę potem stał się jednym z najbardziej obleganych miejsc w Polsce. Mi osobiście nie przypadł on do gustu, podobnie zresztą jak samo miasto. Tu mam pewien zgrzyt, wydaje mi się bowiem, że Olsztyn nie zasłużył na tak brutalną ocenę jaką mu wystawiłem. Więc chciałbym tam pojechać ponownie i dać mu “drugą szansę”, najlepiej wtedy, gdy jest ciepło, a niebo nie jest stalowo szare.

W lutym polecieliśmy na kilka dni do Aten. To była dla nas bardzo emocjonująca wyprawa, przede wszystkim ze względu na to, że pierwszy raz lecieliśmy z Gabrielą. Martwiliśmy się niepotrzebnie, bo zniosła wszystko idealnie. Ateny to dla mnie szczególne miejsce, byłem tam wiele lat temu i po powrocie okazało się, że miasto to godnie zniosło konfrontację wspomnień z rzeczywistością. Być może dla wielu osób to betonowy moloch, pełen brudu i rupieci, ale dla mnie to miejsce pełne miejskiej magii, kuszące zaułkami i zabytkami. Z chęcią tam kiedyś wrócę.

W marcu poleciałem do Gruzji i Armenii. Bez rodziny, za to z Grzegorzem, moim kompanem i bratnią duszą. Mieliśmy co prawda lecieć do Iranu, ale nie wyszło. Była za to okazja, by ponownie zobaczyć Tbilisi oraz poznać Armenię. Bardzo to był dobry wyjazd, pełen śmiechu, emocji i mistycznych rozważań. Sama Armenia nas zarówno oczarowała, jak i pewnie nieco rozczarowała, przede wszystkim - kulinariami, co jednak zwalamy na karb tego, że byliśmy tam w najmniej turystycznym okresie w roku.

Również w marcu pojechaliśmy do Płocka. Mieszkaliśmy w najgorszym hotelu jaki do tej pory odwiedziliśmy w Polsce. Samo miasto było w sumie ciekawe, ale raczej nieprędko do niego zawitam ponownie, chyba, że będziemy chcieli wyjechać gdzieś blisko Warszawy.

W czerwcu pojechaliśmy na Mazury, w okolice Węgorzewa. To była rodzinna sielanka, mieliśmy okazję do tego, by trochę odpocząć i to jeszcze przed startem sezonu, co oznaczało, że drogi były puste, a nad jeziorami byliśmy (prawie) sami. Ja zaś odwiedziłem kilka monumentalnych pozostałości po wojennej przeszłości tych ziem, co nie ukrywam, obudziło we mnie dziecko (o ile pamiątki po naziźmie mogą “obudzić dziecko” w kimkolwiek!).

Również w czerwcu pojechałem na Dolny Śląsk. To był mój samotny wyjazd, dostałem bowiem “pozwolenie” od żony. Zwiedziłem Świdnicę, Paczków, Ziębice, Otmuchów i Brzeg. No i zakochałem się w tym regionie Polski bez pamięci.

W lipcu rozpoczęliśmy nasze drugie, wielkie Tour de Pologne. To był wspaniały wyjazd, podczas którego odwiedziliśmy wiele fajnych miejsc. O większości z nich do niedawna nie miałem pojęcia, że istnieją, a jeżeli nawet o nich wiedziałem, to nie miałem świadomości, że tak będą mi się podobać. Każdy dzień tych wakacji był wyjątkowy i wracam często do nich myślą oraz tęsknotą. W sumie, z chęcią bym przejechał całą trasę raz jeszcze...

W sierpniu odwiedziliśmy Suwałki. Samo miasto okazało się sympatyczne, ale nie oferowało wiele. Okolice były zdecydowanie przyjemniejsze, ale jednak, nie wytrzymały porównania z pobliskimi Mazurami. Udana była na pewno pogoda, do której ogólnie mieliśmy spore szczęście również wcześniej.

We wrześniu poleciałem do Hamburga i Lubeki. To był jedyny służbowy wyjazd w tym roku (powiedzenie, że “raz na rok to i kura puści bąka” kolejny raz się potwierdziło). W Hamburgu już kiedyś byłem, za to w Lubece byłem po raz pierwszy i poczułem tam trochę “ducha Hanzy”. Jednak ogólnie, wychodzi mi, że zdecydowanie bardziej wolę miasta i miasteczka południowych Niemiec.

W październiku poznałem w końcu Łódź. Miasto to ujęło mnie swoim klimatem. Zdaję sobie sprawę, że Piotrkowska i okolice to jedynie enklawa zatopiona w morzu betonowej szarości, ale jest to enklawa o urodzie wybitnej i z chęcią bym jeszcze do Łodzi pojechał ponownie.

W listopadzie odpoczywaliśmy w Sopocie. To było spełnienie jednego z moich marzeń: o kilku dniach nad morzem, poza sezonem, bez tłumów i tandety dookoła. Udało się!



***


Łącznie wychodzi na to, że w 2015 roku aż 62 dni spędziliśmy poza domem, na różnego rodzaju wyjazdach. Niby dużo, ale pamiętać należy, że gros z nich to soboty oraz niedziele, a także tzw. “dni ustawowo wolne”. Samych dni urlopowych zostało mi sporo niewykorzystanych i wnosząc taki aport do roku 2016 z nadzieją spoglądałem na to w jaki sposób dalej tlić się będzie moja, jak widać odporna na życie, pasja do podróżowania daleko i blisko.