


Kiedy doszło do pierwszej erupcji całe miasteczko zostało ewakuowane, ale ludzie wrócili, wbrew decyzjom władz. Kilka lat później, inny wybuch pochłonął kilka wiosek leżących przy zboczu góry, pokazując, że żarty się powoli kończą. Aktywność sejsmiczna waha się obecnie pomiędzy stanem „średnim”, a „wysokim”, ale Baños sprawia wrażenie jakby problem nie istniał. O realności zagrożenia świadczą jedynie drobne ślady: tablice drogowe kierujące do bezpiecznej strefy (daleko od samego miasta!), informacje ewakuacyjne w hotelach, czy w końcu tymczasowość wyczuwalna w daleko posuniętej niedbałości o otoczenie. Nowych budynków jest więc niewiele, a jeżeli już są, to wyglądają jak nieszczęsny Hotel Acapulco – zbudowany byle jak, z dostępnych pod ręką materiałów, wedle planu stworzonego „na kolanie”. Starych się nie remontuje, a co najwyżej odświeża. Na co dzień trwa jednak zabawa i moczenie się w ciepłych źródłach, które ogrzewa osobiście gorący temperament Tungurahua.



Ten dzień poświęciliśmy na kontemplację miasteczka. Leniwe usposobienie mieszkańców tylko w tym pomagało. Śniadanie? Zanim je dostaliśmy minęła niemal godzina.

Z obiadem nie było inaczej. Przynajmniej mamy pewność, że wszystko jest robione na bieżąco, a my mieliśmy czas na odpoczynek i obserwowanie spokojnego życia Baños. Gdyby ktoś szukał najtańszych (a i pewnie najsmaczniejszych) posiłków, znajdzie je wewnątrz niepozornego budynku lokalnego targu.


Stoliki co prawdą lepią się o brudu, ale jest to swoista pieczęć jakości, gwarantująca, że mamy do czynienia z miejscem popularnym i posiadającym renomę. Odwiedziliśmy też śródmiejski kościół, w środku którego znajdują się osobliwe dzieła sztuki upamiętniające lokalny kult Dziewicy Świętej Wody (Nuestra Señora de Agua Santa). Mieszkańcy wierzą, że pomaga im ona w walce z rozlicznymi katastrofami naturalnymi i wypadkami losowymi, które uwiecznione są na pięknych, nieco naiwnych obrazach. Można się z nich dowiedzieć, iż dzięki cudownym interwencjom, ludziom udawało się przeżyć na przykład upadek z mostu, pożar czy powódź lawy. Matka Boska ma tu faktycznie sporo pracy – natura niszczyła sam kościół już dwanaście razy i ostatniego słowa, jak wiemy, z pewnością jeszcze nie powiedziała.





Kto wie czy nie najlepszą „rozrywką” jest przycupnięcie na parkowej ławce (a parków jest w mieście kilka) i patrzenie się na wszystko dookoła. Starcy spacerują ważąc każdy swój krok, dzieci psocą, mężczyźni robią wszystko byleby nie pracować, a nieliczni żebracy uśmiechają się do nas i wyciągają kościste ręce w oczekiwaniu na pomoc. Nie są jednak nachalni, po chwili znikają, ale spotykamy ich regularnie, co kilka ulic, co kilka kwadransów... Czasem większe zamieszanie zrobi kondukt żałobny, na czele z pick-upem załadowanym trumną i żałobnikami idącymi za nim gęsiego. Poza tym, w Baños panuje idealny, niezmącony spokój.



Kawałek za terminalem autobusowym, znajduje się most San Francisco, który wysoko ponad niemrawą Rio Pastaza prowadzi dalej ścieżką w górę zbocza. Z drugiej strony rozciąga się piękny widok na zabudowania. Położenie jest piękne. Z jednej strony, Baños przycupnęło przy wzgórzu, chłodząc się wodospadem. Z drugiej, jego granicę wyznacza ostra krawędź zbocza spływająca pionowo do wody. Im wchodzimy wyżej, tym większa partia okolicznych wzniesień odkrywa przed nami swe kształty. Oto Andy w pełnej krasie! No, może nie do końca, w innych miejscach ich szczyty są przecież znacznie bardziej imponujące. Tu tymczasem widzimy łagodne stoki, lśniące soczystą zielenią. Brak tej dzikości krajobrazu, którą w naszych wyobrażeniach przywołują różne wyryte w nim klisze. Wdrapujemy się niespiesznie, ale nie jest nam dane zobaczyć najważniejszego rezydenta okolic, czyli Tungurahua. Kryje się on za pokładami mgieł i chmur, które w tym okresie roku sprawiają, że dostąpienie zaszczytu ujrzenia go na własne oczy jest prawdziwym szczęściem. Czasem tylko zdarzy mu się pierdnąć dymem, którego złowrogie obłoki w powolnym marszu przesuwają się przez niebo.

Mój entuzjazm co do tego co kryje się wyżej i wyżej, efektywnie studzi Ania, dla której każda górka, nawet najmniejsza, jest wytworem szatana. Co kto lubi. Ja na ten przykład w życiu nie skoczyłbym na bungee, za to moja druga połowa, już owszem. Taki właśnie interes rozłożyła tutejsza młodzież na moście. Wszystko jest zrobione amatorsko, rękodzielniczo, na „słowo honoru”. Ani lina, ani uprząż, ani podest z którego się skacze, nie budzą mojego uznania. W Europie by to nie przeszło, chociaż tak naprawdę – chcesz to skacz i niech żyje wolność oraz prywatna inicjatywa. Tu masz bungee za kilka dolarów. W domu za kilkaset złotych, które dopłacasz by popatrzeć sobie na certyfikat wystawiony przez urzędnika. Chętnych nie brakuje, biznes istnieje, a jego sława dotarła nawet do stołecznego Quito.






I tak to mija nam ów dzień. Wracamy w objęcia cywilizacji, w znane nam już doskonale uliczki, a wieczorem, jak przystało na turystów, znowu idziemy pokapać się w basenach, dołączając do rozwrzeszczanej klasy średniej z Quito i Guayaquil.
