piątek, 18 czerwca 2010

18.06 W drodze, czyli Azjo witaj (po raz trzeci)

Rano pora założyć plecak i udać się w objęcia przygody czekającej „za rogiem”, a dokładnie na lonisku. Optymizmu i radości jeszcze nie czuć, także dlatego, że jazda 175 na Okęcie okazała się testem dla mojej (wątłej) cierpliwości. A to tłok, a to wataha starszych babci, które nie znajdowały zrozumienia dla faktu, że trzymam w rękach ciężkawy ładunek, a to para z wózkiem. Kocham miejską komunikację i słynące z tolerancji starsze pokolenie.

Na lotnisku jestem, jak zawsze, dużo wcześniej niż powinienem. Uprawiam więc urlopowe nudzenie się. W ramach oszczędności odmawiam sobie kanapki (a potem w Rydze kupuję podobną za dwa razy więcej, trzeba być konsekwentnym).

Debiut na pokładzie Air Baltic wywołał mieszane odczucia. Najważniejsze, że są atrakcyni cenowo i dowożą na miejsce w jednym kawałku. Jednak lot turbośmigłowym Fokkerem 50 był sporym wyzwaniem dla mojego błędnika. Niewielki samolot ciężko walczył z wiatrem. Podczas startu, to się wznosił, to opadał, a silniki rzężały z wysiłku. Przelotowa to również skoki, a lądowanie to głównie próba utrzymania mojego żołądka w jednym, tym mu właściwym, miejscu. Odkrywam ze zdziwieniem, że chyba po prostu nie lubię (a nawet może i boje się) latać takimi maleństwami. Nawet zerkanie na widoki zza okna sprawia, że czułem się niezbyt pewnie, te kruszynki wydają się wtedy dodatkowo małe i wątłe. I jeżeli dobrze sięgam pamięcią, to każdy podobny lot znosiłem równie słabo.

Na pokładzie komplet osób, w tym kilka/naście osób udajacych się na rajdową wyprawę do Kazachstanu. Niektórzy nawet w pełnym „rynsztunku” gatunkowego motocyklisty. W wolnocłowych torebkach wesoło podrygują im różnorakie wyskokowe trunki.

Po lądowaniu jestem świadkiem rozmowy jednej z pasażerek, która dosłownie płakała do słuchawki. I zapewniała, że nigdy więcej nie wsiądzie do samolotu, a odtąd będzie jeździła tylko pociągami. Nawet lekko skacowany metal-Łotysz (a może Fin?) wracający z niedawnego koncertowego wydarzenia w Warszawie, podczas lądowania spocił się niemiłosiernie, a z nerwów chyba zupełnie wytrzeźwiał. Więc chyba było coś na rzeczy.

Lotnisko w Rydze (kolejny debiut tego dnia) całkiem sympatyczne od środka. Coś mi przypomina i szybko poprawnie identyfikuję co takiego dokładnie.


Helsinki Vantaa prezentują podobny wystrój – skandynawska prostota i ergonomia, ciekawe połączenie stali, szkła i drewna. Ogólnie pozytywny, lekko „ekologiczny” klimat i świetny widok na pas startowy. Popołudniowe godziny są tu raczej leniwe, bywa że przez dłuższy czas nic nie ląduje i nic nie startuje.

W końcu zaczyna się boarding lotu do Taszkientu. W środku pusto. Szybki start (nie ma to jak odrzutowiec – przyspieszenie i żadne wiatry żołądkowi już niestraszne), nabywam drogą kupna łotewskie piwo i zbliżam się do swego punktu przesiadkowego. O spaniu nie ma mowy, bo podniecenie rośnie i robi swoje. Zmierzam w kierunku wielkiego znaku zapytania jakim jest dla mnie tajemnicza Azja Centralna.