niedziela, 9 grudnia 2012

06-09.12, Dyskretny urok XIX-wieku, czyli Budapeszt w pełnej krasie


W Budapeszcie byłem raz kilka lat temu, ale … jedna wizyta w stolicy Węgier to przecież zdecydowanie za mało na to miasto, które śmiało konkurować może o tytuł najbardziej fascynującej metropolii Starego Kontynentu. Nic więc dziwnego, że od dawna planowałem udać się tam ponownie i ów niecny plan udało się wcielić w życie w grudniu.

Tym razem pojechaliśmy w cztery osoby, co oznaczało, że zamiast spokojnej kontemplacji górę wzięły bachusowe uciechy, wygłupy i typowe rozmowy o wszystkim oraz niczym. Już na lotnisku wprawiliśmy się w dobre humory, które nie opuszczały nas do końca. Stara to prawda, że w towarzystwie człowiek skupia się na innych, podczas gdy tylko samotność pozwala naprawdę delektować się przebywaniem w innym, nowym miejscu. Towarzystwo stępia zmysły, kieruje uwagę w zupełnie inną stronę, odciąga od esencji podróżowania. Nic to jednak nie szkodzi, tym bardziej, że będąc w Budapeszcie od razu postanowiłem, że trzeba tam będzie polecieć jeszcze raz... I jeszcze raz i jeszcze jeden...


Pogoda nas nie rozpieszczała. Liczyłem po cichu na jesienną jeszcze aurę, tymczasem Węgry nawiedziły siarczyste mrozy, które mocno dały nam się we znaki. Ratowaliśmy się częstymi wizytami w knajpach, a także rozgrzewającą palinką konsumowaną „zza pazuchy”. Nasi kompani, Ania i Grzegorz znani są ze swojego zamiłowania do trunków oraz jadła, nie mogliśmy przeto narzekać na nudę wspólnie spożywanych posiłków. Mówiąc wprost, buzia im się nie zamykała, a każde menu zostało poddane dogłębnej analizie i dywagacjom. Chyba największe emocje wzbudziło pierwsze zamówione danie (nota bene, w restauracji dla prostytutek i alfonsów, przynajmniej według przewodnikowych mądrości) – krowie policzki. Sporo się nasłuchaliśmy o tym, że jest to najsmaczniejsze i najlepsze mięso na całym świecie... W wielu przypadkach, wybór obiadu czy kolacji, był najbardziej emocjonującą częścią dnia. Wywoływał również spory i kłótnie, na szczęście, nie nasze. Zazwyczaj do posiłków podchodzimy z nieco mniejszą estymą, tym razem jednak spędziliśmy na ich konsumpcji znaczną część wyjazdu, a gdyby dodać do tego rozmowy o jedzeniu, mogłoby się okazać, że innych tematów prawie nie poruszaliśmy. Trudno się jednak temu dziwić, ponieważ kuchnia naszych bratanków to swoista maestria. Nie jest to może najbardziej wysublimowana sztuka kulinarna świata, ale osobiście lubię ten świat papryki, mięsa i tłustych sosów. Nawet poranne wizyty w lokalnym supermarkecie były okazją do toczenia kulinarnych dysput nad półkami o kiszonkach czy lokalnym smalcu.





Spacery po Budapeszcie były dla mnie przyjemnym „deja vu”. Wiedziałem jak iść, podążając śladami własnych wspomnień byłem w stanie trafić tam gdzie chciałem, co zawsze jest sympatycznym doświadczeniem, szczególnie daleko od domu. Ale Budapeszt odsłonił przede mną także oblicze, którego wcześniej nie poznałem. Po części, był to efekt tego, że mieszkaliśmy na południu. Wcześniej miałem nocleg niedaleko Andrassy Ut i trasy moich bezcelowych spacerów z 2009 roku znacząco różniły się od tych obecnych. Po części, Budapeszt jest po prostu duży i w ciągu kilku dni nie da się go poznać w całości. Miasto i jego architektura podobały mi się jeszcze bardziej teraz niż wtedy. Być może to efekt aury – zimowa, przedświąteczna atmosfera dodawała aglomeracji dodatkowego uroku miejsca … o którym zapomniał czas.




Wspólnymi siłami doszliśmy z Grzegorzem do wniosku, że Budapeszt jest w swojej istocie miejscem wybitnie „steam punkowym”. Co to dla nas oznacza? Cóż, jego główna tkanka pochodzi wprost z wieku XIX, okresu rozwoju technologii, ale przede wszystkim, ludzkiej wiary w jej dobroczynną moc. Oczy uważnych spacerowiczów cieszą rozliczne detale i smaczki, które pogłębiają wrażenie obcowania z miejscem spoza naszej epoki – stalowe, niemalże abażurowe konstrukcje, retrofuturystyczne kształty, odważne jak na swoje czasy rozwiązania i w końcu rozliczne przykłady technologii sprzed ponad stu lat. Nowoczesność jest gdzieś poza tym wszystkim. Bez problemu można dać ponieść się ułudzie, że w dziwny sposób przenieśliśmy się w czasie o dobre kilka dekad wstecz. Budapeszt czasami przypominał mi miasto wyjęte wprost z kart książek Juliusza Verne'a. Aż dziwne, że to nie para napędza większość jego urządzeń – takich jak pierwsza linia metra czy kolejka Siklo.







Budapeszt to także widoki. A te są tu imponujące, iście królewskie. Modry Dunaj przepływa majestatycznie pomiędzy Budą a Pesztem i naprawdę, niewiele jest na tym świecie miast, gdzie symbioza z wodą byłaby tak udana. Wystarczy wspomnieć, że ten sam Dunaj toczy się przez Wiedeń w dużo mniej spektakularny sposób. Na obu brzegach rzeki pysznią się monumentalne symbole Węgier – ogromny Parlament czy Wieża Zamkowa. Nieodmiennie ogromne wrażenie robią mosty, na czele z Łańcuchowym oczywiście. Cały wysiłek włożony w Budapeszt w czasach Monarchii Austro-Węgierskiej dziwi tym bardziej, iż państwo to, chociaż potężne terytorialnie, nie zaliczało się w swoich czasach do wyjątkowych krezusów. Mimo to, a może tym bardziej, zaskakuje efekt jaki osiągnięto. W stanie niezmienionym cieszy on oczy zwiedzających (i mieszkańców) do dzisiaj. Jakie wrażenie musiał robić w XIX wieku?



Owa monumentalność idzie w parze z istnieniem rozlicznych zaułków, kryjówek i tajemnic, których penetrowanie jest jeszcze ciekawsze niż podziwianie pocztówkowych widoków. To jest właśnie to co odróżnia prawdziwe miasta od przerośniętych wsi – tkanka miejska. Gęsta, leciwa, autentyczna, oplatająca przestrzeń, będąca dowodem na wielowiekową historię. Do tego, niekoniecznie wypucowana i zadbana, a wręcz odwrotnie, parszywa, ropiejąca i nieco śmierdząca. Tylko przerośnięte wsie pieczołowicie dbają o swoje zabytki. Miasta takie jak Budapeszt nie mają na to czasu ani środków – bo zabytków jest aż za dużo, by zwracać na wszystkie uwagę. W Budapeszcie miłośnicy architektury „użytkowej” nie będą się nudzić nigdy. Każda dzielnica posiada swoje własne skarby i sekrety, które czekają na odkrycie przez spacerowiczów. Kamienice różnią się od siebie, żyją własnymi życiami i mają do opowiedzenia swoje własne, często dramatyczne opowieści. Nasza wędrówka po starej dzielnicy żydowskiej tylko wzmogła mój personalny apetyt na to, by do Budapesztu przyjechać ponownie i kontynuować wędrówkę po jego zaułkach.






Jeżeli chodzi o miejsce, które podobało mi się najbardziej to wypada chyba wspomnieć o Hali Targowej Vásárcsarnok. Pamiętałem ją z poprzedniej wizyty, trafiliśmy tam więc bez większego problemu. A w środku daliśmy się uwieść jej czarowi. Na pierwszym poziomie znajdowały się setki stanowisk, gdzie kupić można było niemal wszystko co definiuje węgierską duszę. Były tam więc wszelakie kiełbasy, salami, a także papryki, nalewki, przyprawy, tłuste mięsa i wiele wiele innych rzeczy. Tak swoją drogą, Grzegorz odnalazł szyldy, które jasno pokazywały, iż niektóre smaczne wędliny pochodzą … z Polski. Tylko nie mówcie tego nikomu...






Na górnym poziomie, oprócz stanowisk z pamiątkami (nawet fajnymi!), największą atrakcją były knajpy czy raczej garkuchnie. Zjeść można było tam wszystkie specjały lokalnej kuchni, a także napić się grzanego wina, z czego skwapliwie skorzystaliśmy. Tłok był niemiłosierny, a mi się zrobiło nieco smutno, że w Warszawie takich wyjątkowych i oryginalnych miejsc po prostu brak... Absolutnym smaczkiem była sama architektura Hali. Została ona oddana do użytku pod koniec XIX wieku, a jej sklepienia i wnętrza zdobią stalowe wsporniki, klatki schodowe i balkony, które jak żywo przypominają, że znajdujemy się w miejscu, gdzie przeszłość wcale nie powiedziała swojego ostatniego słowa.





Cztery dni w Budapeszcie okazało się zbyt krótkim czasem, by dobrze poznać to miasto. Przynajmniej ja odczuwałem głęboki niedosyt. Wystarczył rzut oka na mapę, by przekonać się, że tak naprawdę wędrowaliśmy utartymi, tymi samymi ścieżkami, a tymczasem tuż obok na odkrycie czekały zupełnie nowe miejsca. Znowu praktycznie nie zgłębiłem Pesztu. Nie wybrałem się do publicznych łaźni. Nie byłem na Wyspie Małgorzaty. Można by wymieniać długo... Nic więc dziwnego, że chciałbym do stolicy Węgier udać się ponownie, tym bardziej, że daleko nie jest, bilety nie są zbyt drogie, a co do Budapesztu, istnieje niemal pewność, że czekać on na mnie będzie w niezmienionym stanie.