Była to także okazja do prawdziwego testu dla mojej pasji podróżowania. Na nic nie było czasu. W dniu przyjazdu nie dość, że musieliśmy odwiedzić nudnawą oficjalną kolację, to potem doprecyzowaliśmy w pokojach kilka rzeczy na spotkanie następnego ranka. Na spacer po Wiedniu nie było po prostu czasu, ale uparłem się i wybyłem z hotelu … w okolicach północy. I to mimo iż ciepłe, wygodne łóżko kusiło bardzo, by w nim zostać i chociaż nieco odpocząć. Dobrze, że się zmusiłem, bo następnego dnia, chociaż wracaliśmy wieczorem, nie byłoby na to niestety ani chwili.
Mój hotel, butikowy Das Triest (z wnętrzami w stylu art noveau autorstwa ponoć znanego sir Terence'a Conrana), mieścił się blisko pierwszej dzielnicy. Tak swoją drogą, nigdy nie spałem w tak luksusowym miejscu. Zdarzały się noclegi miłe, przyjemne i szykowne, ale Das Triest przebił je wszystkie, głównie ze względu na to, że jego luksus był wysmakowany, wyważony i nie miał nic wspólnego z tandetnymi błyskotkami. Czułem się w nim nie do końca na miejscu, a rachunek... dobrze, że nie musiałem go płacić z własnej kieszeni.




Niespiesznym tempem minąłem Plac Karola, Operę, Hotel Sacher... Łza zakręciła się mi w oku. Jak ja kocham to miasto! Na każdym kroku jakieś wspomnienie, znajomy widok, który od razu przywołuje migawki sprzed lat. Mimo mrozu, szybko zapomniałem o zmęczeniu i na chwilę dałem się ponieść wiedeńskim emocjom. Gapiłem się na wystawy, skręcałem w boczne alejki, a kilka razy złapałem się na tym, że chyba pierwszy raz w życiu chodziłem po tych miejscach późną nocą, gdy nie ma tu tłumów i szumu wielkiego miasta dookoła.





Dotarłem do Katedry pod którą hulał bezbożny wiatr, skręciłem w Kohlmarkt, w stronę śmierdzącego krowim łajnem Hofburga. Wszędzie było już pustawo, chociaż miałem szczęście – świeciły się jeszcze ozdoby, podświetlone były nadal niektóre budynki. Wiedeń kładł się spać, ale robił to tak jak ja, niezbyt chętnie.



W końcu, po prawie dwóch godzinach, wróciłem do hotelu rześki od chłodu i przyjemnie zmęczony. Skoro tej nocy znalazłem czas, by wyjść i zwiedzać, być może kolejne służbowe wyjazdy nie będą aż takie złe jak mogłoby się wydawać. A sam Wiedeń wypada mi odwiedzić ponownie, upomina się o to moje własne serce.
