środa, 12 grudnia 2012

12.12, Noc w Wiedniu, czyli służbowo

Po wielu latach pracy przyszła pora na mój pierwszy, zagraniczny wyjazd służbowy. Kierunek niezmiernie mnie ucieszył – była to bowiem okazja do odwiedzenia choć na chwilę ukochanego Wiednia. Niestety, cała reszta otoczki nie była tak różowa. Lecieliśmy na jeden, niepełny dzień. Harmonogram był napięty i nie pozwalał na spokojne powałęsanie się po znajomych zaułkach. Na miejscu czekało mnie ważne spotkanie, a żeby się do niego przygotować zarwałem kilka nocy i spędziłem długie, żmudne i nerwowe godziny na dopracowywaniu pokazywanej tam prezentacji... Nie byłem w formie, nie miałem siły, marzyłem tylko o tym, by mieć to wszystko za sobą i nie zrobić z siebie większego kretyna niż jestem na co dzień. Uprzedzając fakty, udało się i wszyscy, łącznie ze mną, byli zadowoleni. Ale co się namęczyłem żeby to osiągnąć, cóż, wiem to tylko ja. Tylko kogo to obchodzi?

Była to także okazja do prawdziwego testu dla mojej pasji podróżowania. Na nic nie było czasu. W dniu przyjazdu nie dość, że musieliśmy odwiedzić nudnawą oficjalną kolację, to potem doprecyzowaliśmy w pokojach kilka rzeczy na spotkanie następnego ranka. Na spacer po Wiedniu nie było po prostu czasu, ale uparłem się i wybyłem z hotelu … w okolicach północy. I to mimo iż ciepłe, wygodne łóżko kusiło bardzo, by w nim zostać i chociaż nieco odpocząć. Dobrze, że się zmusiłem, bo następnego dnia, chociaż wracaliśmy wieczorem, nie byłoby na to niestety ani chwili.

Mój hotel, butikowy Das Triest (z wnętrzami w stylu art noveau autorstwa ponoć znanego sir Terence'a Conrana), mieścił się blisko pierwszej dzielnicy. Tak swoją drogą, nigdy nie spałem w tak luksusowym miejscu. Zdarzały się noclegi miłe, przyjemne i szykowne, ale Das Triest przebił je wszystkie, głównie ze względu na to, że jego luksus był wysmakowany, wyważony i nie miał nic wspólnego z tandetnymi błyskotkami. Czułem się w nim nie do końca na miejscu, a rachunek... dobrze, że nie musiałem go płacić z własnej kieszeni.




Niespiesznym tempem minąłem Plac Karola, Operę, Hotel Sacher... Łza zakręciła się mi w oku. Jak ja kocham to miasto! Na każdym kroku jakieś wspomnienie, znajomy widok, który od razu przywołuje migawki sprzed lat. Mimo mrozu, szybko zapomniałem o zmęczeniu i na chwilę dałem się ponieść wiedeńskim emocjom. Gapiłem się na wystawy, skręcałem w boczne alejki, a kilka razy złapałem się na tym, że chyba pierwszy raz w życiu chodziłem po tych miejscach późną nocą, gdy nie ma tu tłumów i szumu wielkiego miasta dookoła.





Dotarłem do Katedry pod którą hulał bezbożny wiatr, skręciłem w Kohlmarkt, w stronę śmierdzącego krowim łajnem Hofburga. Wszędzie było już pustawo, chociaż miałem szczęście – świeciły się jeszcze ozdoby, podświetlone były nadal niektóre budynki. Wiedeń kładł się spać, ale robił to tak jak ja, niezbyt chętnie.



W końcu, po prawie dwóch godzinach, wróciłem do hotelu rześki od chłodu i przyjemnie zmęczony. Skoro tej nocy znalazłem czas, by wyjść i zwiedzać, być może kolejne służbowe wyjazdy nie będą aż takie złe jak mogłoby się wydawać. A sam Wiedeń wypada mi odwiedzić ponownie, upomina się o to moje własne serce.