wtorek, 1 stycznia 2013

Podsumowanie 2012 roku

Chociaż miniony rok obfitował w różne poważne zmiany, a moje 31 lat na karku zaczyna mi coraz mocniej ciążyć i oddalać mnie od beztroski, jeszcze raz udało się mi zobaczyć kawałek świata. Co prawda, zazwyczaj obiecuję sobie, że pora skończyć z tym podróżowaniem, ale... Gdy teraz siedzę i zastanawiam się nad tym gdzie ewentualnie pojechać za kilkanaście tygodni (dostałem od swojej Ani pozwolenie na udanie się na samotny urlop!), czuję, że bez tych prostych w sumie radości moje życie byłoby cokolwiek niepełne. Pewnie kiedyś przyjdzie chwila, gdy trzeba będzie z tego zrezygnować, ale ja nadal wierzę, że raz na jakiś czas będzie mi dane pielęgnować tę pasję. Na szczęście, „im dalej w las” tym coraz mocniej doceniam miejsca bliskie i łatwo dostępne. Stara, dobra Europa jest naprawdę magicznym i wyjątkowym miejscem, o czym przypominam sobie za każdym razem gdy odwiedzam jakiś jej nowy (bądź już znany) zakątek.

Tyle własnych spostrzeżeń. Jeżeli chodzi o zrealizowane „wyprawy” to w roku 2012 odwiedziłem/odwiedziliśmy:

1. Włochy, a dokładniej Genuę i Mediolan.
2. Moskwę.
3. Bogotę i Ekwador
4. Toruń (!)
5. Wilno
6. Berlin i Quedlinburg
7. Hamburg
8. Koreę Południową
9. Budapeszt
10. Wiedeń

Łącznie wyszło 9 państw (ale tylko cztery "nowe"), 25 lotów, ponad siedemdziesiąt cztery godziny spędzone w powietrzu i ponad 51 tysięcy pokonanych kilometrów. A do tego doliczyć wypada niezliczone eskapady drogami lądowymi oraz wodnymi. Poza domem byłem jakieś 54 dni... Bardzo zacne, jak na mnie, są te statystyki, ale najważniejsze są przecież wspomnienia. W minionym roku było ich mnóstwo:

- W styczniu kolejny raz przekonaliśmy się, że Włochy „to jest to”, chociaż Mediolan zrobił na nas raczej nijakie wrażenie. Genua zaś przypominała czasem Neapol, co jest najwyższym komplementem!


- Zimowa Moskwa była dla mnie niecodziennym doświadczeniem, do teraz mam po tej przygodzie odmrożenia, ale to jedna z tych podróży które wspominam najczęściej. Miasto ogromne, paskudne, ale pełne atrakcji idealnie skrojonych na moje potrzeby i preferencje


- Powrót do Bogoty zakończył moją niechęć do tego molocha (zamieniając ją w głęboką miłość, jak to czasem bywa), zaś Ekwador chyba wyleczył Anię z dalekich wypraw do dzikich krajów. Lekko nie było, to fakt. Mnie się jednak bardzo podobało, a Quito, Chimborazo czy Cuenca to miejsca warte zapamiętania na zawsze


- Toruń był zaś pierwszym polskim miastem od bardzo dawna jakie odwiedziłem. Nie żebym gardził tym co rodzime, wręcz odwrotnie, zachowuję sobie te smaczki na chwile gdy ciężej będzie mi wyrwać się gdzieś dalej. Do Torunia wtedy na pewno wpadnę z ponowną wizytą


- Wilno w tym towarzystwie było w pewnym sensie „odrabianiem zaległości”, ale bardzo mi się tam podobało, także ze względu na prywatny aspekt całego wyjazdu (o czym jeszcze nie napisałem!)


- Quedlinburg to średniowieczna perła, która dobitnie mi pokazała, że Europa, i to ta bliska ma bardzo wiele skarbów, które czekają na odkrycie. Sam Berlin przemierzony pospiesznie w kilka godzin również zrobił na mnie wrażenie, chociaż spodziewałem się przecież najgorszego


- W Hamburgu powróciłem do starego zwyczaju odwiedzania meczów piłkarskich, a samo miasto okazało się warte odwiedzin... nawet w jesienną pluchę


- O Korei nadal nie mam ugruntowanego, pewnego zdania. To na pewno miejsce inne od wszystkich jakie widziałem do tej pory (aczkolwiek, nie widziałem wiele), a podczas samego wyjazdu wyjątkowo się wyciszyłem, dając się ponieść niespodziankom czekającym na mnie na każdym niemal kroku


- Towarzyski wypad do Budapesztu był zupełnie odmienny od tradycyjnych wyjazdów w naszym wykonaniu, a samo miasto... nie chcę się powtarzać, ale to prawdziwy klejnot architektoniczny i chciałbym do niego wracać w miarę regularnie


- Służbowy wyjazd do Wiednia był już tylko wisienką na torcie, ale wrócić na „stare śmiecie” było więcej niż przyjemnie. Kocham to miasto!


Czego wypada sobie życzyć w Nowym Roku? Żeby nie było gorzej i żeby „dorosłe życie” nadal pozwalało mi, od czasu do czasu, uciec od niego w świat swoich dziecięcych marzeń. Tym bardziej, że ostatnimi czasy całkiem udanie przekuwam je na artykuły publikowane w pewnym magazynie podróżniczym - więc coś po nich, poza zdjęciami i tym skromnym blogiem, zostaje dla potomności. W 2012 roku było ich aż cztery i na pewno chciałbym coś do tego dorobku dołożyć w roku 2013. Kto wie, może kolejny raz się uda?

Tak czy owak, skromne plany już są. W styczniu (o ile Ryanair nam pozwoli) lecimy do Bolonii, czyli utrzymujemy nasz zwyczaj odwiedzania na początku roku Półwyspu Apenińskiego. Potem teoretycznie mam bilety na weekend w Amsterdamie, a potem … Potem są już tylko marzenia. Czy się spełnią, tego obecnie nie wie chyba nikt.