
Ponad trzy lata temu ustanowiliśmy z Anią swój mały zwyczaj – początek roku witamy krótkim wypadem na Półwysep Apeniński. Był Rzym, był Neapol, Mediolan oraz Genua. Teraz przyszła pora na Bolonię, ale do ostatniej chwili nie byłem pewien czy tym razem się uda. W ciągu ostatnich miesięcy moja praca stała się tak absorbująca i męcząca, że nawet trzy dni urlopu (z czego dwa przypadające na weekend) były bardzo niestosowne i ryzykowne. Już miałem się poddać, zostać w Polsce i spędzać kolejne bezsenne noce przechodzące w nerwowe dni w biurze, ale ... pomyślałem, że jak chociaż jeden raz ulegnę temu demonowi, już nigdy nie pozwoli mi on spokojnie cieszyć się z życia. Rozumiem, że tak wygląda dorosłość i tak to już bywa, że obowiązki zawodowe niszczą ludziom życie prywatne czy zdrowie. Ale czasem trzeba powiedzieć „starczy tego” i pamiętać, że pracujemy by żyć, a nie żyjemy by pracować. Poprzekładałem więc mnóstwo spotkań, ślęczałem nad komputerem po 15 godzin na dobę i w sobotni poranek, zgodnie z planem, udaliśmy się w kierunku Włoch. Gdybym tylko wiedział co mnie będzie czekać po powrocie do pracy... to bym chyba do niej już nie wrócił...
Jako, że dzięki otwarciu lotniska w Modlinie na Warszawę przestał obrażać się Ryanair, to tymi liniami polecieliśmy na podbój Północnej Italii. Pojawienie się irlandzkiego giganta ucieszyło mnie, bo nie ma drugiej takiej linii na świecie, w której ofercie byłoby tyle ciekawych zakątków Starego Kontynentu.

Zresztą, wystarczy spojrzeć na siatkę połączeń, potem na mapę chociażby Włoch i puścić wodze fantazji. Na dobrą sprawę – można dotrzeć wszędzie i to za niewielkie pieniądze. Bezpośrednio lub z przesiadką. Jak nie samolotem to już na pewno koleją, która, jak już kilkakrotnie wspominałem na tych łamach, niewiele ma wspólnego z chaosem z jakim kojarzony jest ten kraj. Sama Italia oferuje tak dużo, że życia może nie starczyć by to wszystko zobaczyć choć jeden raz. A Ryanair kusi także innymi miejscami do których może nas zabrać. Ot, chociażby tak nielubiana przeze mnie Francja – Bergerac, Biarritz, Dinard, La Rochelle, Lourders, Tours, Poitiers, Perpignan... Te nazwy nic mi nie mówią, a kuszą brzmieniem i urokiem starej, dobrej Europy.

Lotnisko w Modlinie jest zamknięte (warto odnotować dla przyszłych pokoleń ten fakt i całą komedię dookoła – tylko w Polsce takie cuda!), wylatujemy więc z Okęcia. To dobrze, bo nasza pierwsza wizyta w okolicach tego pierwszego była dla mnie dosyć ciężkim przeżyciem. O ile kocham lotniska za ich monumentalność, za to że oferują prostackie, ale namacalne uczucie, że za chwilę można znaleźć się w niemal każdym zakątku naszego globu, lotniska „budżetowe” wzbudzają we mnie złość i niezrozumiałe nerwy. Są bowiem pozbawione owej magicznej formuły przypisanej dużym braciom. Na pierwszy plan wychodzi ich główna, acz smutna funkcja wielkiej przepychalni ludzi, zorganizowanej na wzór fabryk patroszących ryby i o zgrozo, cóż za porównanie, wkładających je do stalowych konserw po to, by znalazły się na drugim krańcu kontynentu. Brak romantyzmu, brak podniecenia, zostają tylko rozkazy i polecenia.
Pora zadać pytanie (a potem samemu odpowiedzieć) – czemu Bolonia? Po pierwsze, lata tam wspomniany już Ryanair i to lata tanio (300 zł za dwie osoby, do tego z jednym nadanym bagażem). Po drugie stolica regionu Emilia-Romagna to ponoć piękne miasto. A do tego, niezbyt znane turystom spoza Włoch (pamiętać wypada, że „mało” oznacza i tak setki tysięcy turystów każdego roku), co mnie szczególnie cieszy, ponieważ miejsc zadeptanych przez stonkę nie lubię. Inna sprawa to to, że Bolonia, jakżeby inaczej, zapisała się w moim życiu swoistymi kamieniami milowymi, i to bez swojej wiedzy! Po pierwsze, chodzi o spaghetti bolognese, którego jestem wielkim miłośnikiem i które w czasach licealnych, dzięki Babci, jadłem najmarniej raz w tygodniu. Po drugie, mortadela. Ta wędlina pochodzi właśnie z tego miasta i osoby, które mnie znają wiedzą, że kocham ją miłością bezwzględną. Na świecie jest tylko jedno miejsce, które w pełni podziela moje uczucie i jest to właśnie Bolonia. Po trzecie, przez jeden sezon koszulkę lokalnego klubu piłkarskiego nosił sam Roberto Baggio, jeden z idoli mojej młodości i ostatni zagraniczny piłkarz, którego kariera jakkolwiek mnie interesowała.
.jpg)
Podróż mija miło i szybko. Po wylądowaniu wsiadamy we właściwy autobus i po kilkunastu minutach jesteśmy pod Dworcem Głównym. Większość towarzyszących nam rodaków jedzie dalej (pewnie do Florencji). My przechodzimy przez wiadukt i trafiamy do naszego hotelu, Il Guercino.

Miłe miejsce. Śmiejemy się z tego, bo widzimy po nim pewien rozwój. W Rzymie mieszkaliśmy w obskurnej suterenie bez okien, którą wynajmował nam przećpany Holender. W Neapolu w hostelu, rok temu w hotelach bodaj dwu gwiazdkowych, a nasze obecne lokum gwiazdek ma aż trzy. A do tego fitness klub, saunę i atmosfera jest podniosła, chociaż niektóre ściany trochę brudne. Recepcjonista, jak to we Włoszech bywa, wypachniony i elegancki aż do przesady. Sprawnie wychodzimy w miasto, chociaż po 15-tej zaczyna już robić się szaro i długo nie cieszymy się nim w jasnych barwach (chociaż te ciemne też mają swój urok). Oczy mi się zamykają cały dzień, ostatnio w ogóle nie sypiam. Krążę więc po mieście niczym duch i czasem się zastanawiam gdzie w ogóle jestem (i o której mamy kolejne ważne spotkanie). Koszmary z biura nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Trudno powiedzieć jaka jest Bolonia po pierwszych spacerach, ale nam spodobała się momentalnie. Miasto pełne jest zabytków, starych kamienic pachnących wiekowym używaniem, a w samym Centro Storico panuje przyjemny klimat za który tak kochamy Włochy oraz całą Europę. Nie ma na świecie drugiego miejsca, gdzie poszanowanie do przeszłości byłoby tak odczuwalne. Ludzie w Bolonii żyją nadal w domach, które zbudowali ich pra, pra przodkowie. Czy to nie piękne?



Podobnie jak rok temu Genua i Bolonia żyje zakupami. Kryzys? Nie widzę, nie słyszę, przynajmniej gdy patrze pobieżnie i rozglądam się mało dookoła. Włosi podążają od sklepu do sklepu, w każdym z nich do ręki trafia nowa torba. Wszyscy są tu eleganccy i wysmakowani. Nawet żebracy. Tutejsi wyglądają na normalnych ludzi, ale prośby wypisane na tekturkach są czytelne nawet dla mnie. Kryzysu może nie widać na co dzień, ale zbiera on swoje żniwo po cichu i bezwzględnie. Przez długi czas szukamy knajpy żeby coś zjeść. Mamy z tym ogromny problem, bo trafiamy na restauracyjną przerwę i sporo lokali jest po prostu zamkniętych. Kiedy jednak znajdujemy coś sensownego, naszej radości nie ma końca. Co prawda rachunek był słony, ale warty swej ceny. Ania zamówiła tortelini z dynią, ja ragu al bolognese, czyli prawdziwe spaghetti bolognese zrobione zgodnie z tym jak tradycja przykazuje. Kilka dni wcześniej przyrządziłem takowe w domu i muszę przyznać, że różnica pomiędzy bolognese „naszym” a tym prawdziwym jest nie do nazwania. Muszę jednak przyznać, że o ile tutejsze ragu było smaczne, moje, nieskromnie, smakowało mi jeszcze bardziej.



Po posiłku wróciliśmy do hotelu. Pokrążyliśmy po uliczkach, minęliśmy kolejny raz Plaza Maggiore, jeden z największych placów Włoch i całej Europy, by po kilkunastu minutach zameldować się w naszym pokoju. Zmęczenie daje o sobie znać, oczy się kleją, a serce nadal nerwowo kołacze w rytm pracowych emocji, których w żaden sposób nie jestem w stanie wyrugować. Nawet w magicznej Italii. Na porządne zwiedzanie i opowieści o magii Bolonii przyjdzie pora jutro.
