poniedziałek, 16 czerwca 2014

13-16.06, Orłowo, czyli debiut kogoś nad morzem

W swoim życiu widziałem już niejedno morze (muszę przyznać – brzmi to jak wers z bardzo kiepskiej piosenki). Ale chyba żadne nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak nasz prozaiczny i często niedoceniany Bałtyk. Z jednej strony, jest to akwen prawie martwy w sensie przyrodniczym. Nie uświadczymy w nim wielu gatunków ryb, nie wspominając już o innych zwierzętach. Woda bywa nie tylko zimna, ale i mętna. Nie kryje on również niezgłębionych tajemnic, może poza bliżej nieokreśloną liczbą statków, które na przestrzeni wieków znalazły miejsce spoczynku na jego dnie. Ale z drugiej strony, piaszczyste plaże, piękna linia brzegowa i naturalny anturaż wielu miejscowości wypoczynkowych, to walory spotykane na świecie nie tak wcale często. Tyle, że to się docenia po latach. Oczywiście, widok na Ocean Spokojny, Morze Karaibskie czy Morze Japońskie to momenty, które zapamiętam do końca życia, ale koniec końców, nie mniejszą radość odczuwam, gdy zza zielonych drzew wyłania się Bałtyk, a serce skacze wtedy z radości.
Korzystając z kilku dni urlopu, ruszyliśmy nad morze. Oczywiście we troje. Tym razem miałem okazję jechać autostradą. Oczywiście, pierwszy raz, ale zapewne nie ostatni. Zapachniało pierwszym światem, chociaż z drugiej strony, strasznie nudne to było doświadczenie. Tym razem, magiczne nazwy miejscowości zastąpione zostały zupełnie niemagicznymi nazwami kolejnych węzłów i zjazdów. Po kilku godzinach dotarliśmy do Gdyni, gdzie przez kilka dni mieliśmy przyjemność obcować z naszym morzem.
Na swoją bazę wybraliśmy Orłowo. To spokojna dzielnica miasta, złożona głównie z willowej zabudowy. Niektóre budynki pochodziły jeszcze z lat 30-tych i reprezentowały miły oku styl, który nazwałem roboczo „marynistycznym”. Niektóre kształty budynków były zaokrąglone, co z okrągłymi okienkami dodawało wrażenia jakby właściciele domostw za wszelką cenę chcieli utrzymać kontakt z morzem. Domy przypominały wrośnięte w ziemię kajuty statków. Zresztą zapewne większość zamieszkiwali emerytowani marynarze. Po dawnych (a może i niedawnych) wojażach pozostawili sympatyczne ślady, np. w postaci roju drogowskazów pokazujących zapewne jak daleko jest stąd do portów, które kiedy pewnie odwiedzili. Mimo, iż w Orłowie nie ma nic szczególnie fascynującego, moje życie weszło w tę fazę gdzie docenia się ciszę okolic taka jak ta.


Mieliśmy ledwie kilka kroków do wybrzeża. Wzdłuż odrzewionego klifu ciągnęła się miła promenada Królowej Marysieńki (taka nazwa ma swój powód; odwiedzała ona te okolice wraz z Królem Janem III). Spływała ona ku wybrzeżu, gdzie najważniejszym punktem było molo. Znacznie spokojniejsze od tego bardziej znanego w niedalekim Sopocie. Nie muszę dodawać, że szum morza i kojący widok bezkresu działał na mnie nader ożywczo. Zdałem sobie sprawę, że nie byłem nad Bałtykiem od wielu, wielu lat, zresztą, ostatnim razem też odwiedziłem Orłowo i zapamiętałem je jako miejsce godne powrotów.




Bo tak jest w rzeczy samej. Warto tu będzie wracać. Przez cały czas mieliśmy do czynienia z ciszą oraz prawdziwym wypoczynkiem. I najważniejsze – nie robiliśmy nic konkretnego, a nasze życie składało się z „małych radości”. Zjedliśmy obiad w przybrzeżnej knajpie. Obok nas siedział lokalny lump, który dzięki uprzejmości personelu, mógł sobie usiąść z kupionym w sklepie piwem i poczuć się człowiekiem. Miłe to było, więc zapamiętałem to dobrze. Takich momentów było więcej – i wszystkie z morzem w tle. Zaś o minusach nie ma co wspominać. Mieliśmy miły nocleg, ale na śniadania chodziliśmy do Hotelu Kuracyjnego. Te były miłe, ale wiele im brakowało do atmosfery z Torunia. Nieco się rozchorowałem. SKM-ka okazała się być transportem nie tylko nieprzyjaznym wózkom dziecięcym, co im wrogim. Musiałem też poświęcić kilka godzin na biznesowe spotkanie, które w efekcie, nie przyniosło spodziewanych efektów. Pogoda była średnia (wiadomo, czerwiec w Polsce, czego się spodziewać), a nasza pociecha, podniecona morzem jak jej ojciec, niewiele spała, dużo za to rozrabiała. Nie zmienia to faktu, że do Orłowa z chęcią wrócę, najlepiej na jesieni, by zobaczyć owe skromne wsioło w złotych i rudych barwach.