Korzystając z kilku dni urlopu, ruszyliśmy nad morze. Oczywiście we troje. Tym razem miałem okazję jechać autostradą. Oczywiście, pierwszy raz, ale zapewne nie ostatni. Zapachniało pierwszym światem, chociaż z drugiej strony, strasznie nudne to było doświadczenie. Tym razem, magiczne nazwy miejscowości zastąpione zostały zupełnie niemagicznymi nazwami kolejnych węzłów i zjazdów. Po kilku godzinach dotarliśmy do Gdyni, gdzie przez kilka dni mieliśmy przyjemność obcować z naszym morzem.
Na swoją bazę wybraliśmy Orłowo. To spokojna dzielnica miasta, złożona głównie z willowej zabudowy. Niektóre budynki pochodziły jeszcze z lat 30-tych i reprezentowały miły oku styl, który nazwałem roboczo „marynistycznym”. Niektóre kształty budynków były zaokrąglone, co z okrągłymi okienkami dodawało wrażenia jakby właściciele domostw za wszelką cenę chcieli utrzymać kontakt z morzem. Domy przypominały wrośnięte w ziemię kajuty statków. Zresztą zapewne większość zamieszkiwali emerytowani marynarze. Po dawnych (a może i niedawnych) wojażach pozostawili sympatyczne ślady, np. w postaci roju drogowskazów pokazujących zapewne jak daleko jest stąd do portów, które kiedy pewnie odwiedzili. Mimo, iż w Orłowie nie ma nic szczególnie fascynującego, moje życie weszło w tę fazę gdzie docenia się ciszę okolic taka jak ta.


Mieliśmy ledwie kilka kroków do wybrzeża. Wzdłuż odrzewionego klifu ciągnęła się miła promenada Królowej Marysieńki (taka nazwa ma swój powód; odwiedzała ona te okolice wraz z Królem Janem III). Spływała ona ku wybrzeżu, gdzie najważniejszym punktem było molo. Znacznie spokojniejsze od tego bardziej znanego w niedalekim Sopocie. Nie muszę dodawać, że szum morza i kojący widok bezkresu działał na mnie nader ożywczo. Zdałem sobie sprawę, że nie byłem nad Bałtykiem od wielu, wielu lat, zresztą, ostatnim razem też odwiedziłem Orłowo i zapamiętałem je jako miejsce godne powrotów.




Bo tak jest w rzeczy samej. Warto tu będzie wracać. Przez cały czas mieliśmy do czynienia z ciszą oraz prawdziwym wypoczynkiem. I najważniejsze – nie robiliśmy nic konkretnego, a nasze życie składało się z „małych radości”. Zjedliśmy obiad w przybrzeżnej knajpie. Obok nas siedział lokalny lump, który dzięki uprzejmości personelu, mógł sobie usiąść z kupionym w sklepie piwem i poczuć się człowiekiem. Miłe to było, więc zapamiętałem to dobrze. Takich momentów było więcej – i wszystkie z morzem w tle. Zaś o minusach nie ma co wspominać. Mieliśmy miły nocleg, ale na śniadania chodziliśmy do Hotelu Kuracyjnego. Te były miłe, ale wiele im brakowało do atmosfery z Torunia. Nieco się rozchorowałem. SKM-ka okazała się być transportem nie tylko nieprzyjaznym wózkom dziecięcym, co im wrogim. Musiałem też poświęcić kilka godzin na biznesowe spotkanie, które w efekcie, nie przyniosło spodziewanych efektów. Pogoda była średnia (wiadomo, czerwiec w Polsce, czego się spodziewać), a nasza pociecha, podniecona morzem jak jej ojciec, niewiele spała, dużo za to rozrabiała. Nie zmienia to faktu, że do Orłowa z chęcią wrócę, najlepiej na jesieni, by zobaczyć owe skromne wsioło w złotych i rudych barwach.


