


Jednak nie samymi kotami człowiek żyje. Nawet taki mały. Po posiłku i odpoczynku postanowiliśmy ruszyć w teren. Wybór padł na pobliską aglomerację, czyli Zieloną Górę. Jadąc tam zastanawiałem się co o niej tak naprawdę wiem. Poszukałem w pamięci i wyszło, że zawstydzająco niewiele. Dlaczego mnie to nie dziwi?
Pierwsze skojarzenie to winorośle i łagodny klimat, który sprzyja ich uprawie. Za czasów niemieckich pędzono w ówczesnym Grünberg in Schlesien dużo wina, obecnie ta tradycja, pod czujnym okiem samego Bachusa, dopiero się odradza. Drugie skojarzenie to Falubaz, czyli chyba jedyny klub sportowy na świecie, w którego logotypie jest Myszka Miki, a raczej, stworzenie, które ją przypomina. To symbol zielonogórskich żużlowców od 1961 roku. Uważam to za znakomity pomysł i przykład na nieszablonowe poczucie humoru. Humor to trzecie i ostatnie skojarzenie - to miasto nie tylko mnie kojarzy się z kabaretami, szczególnie studenckimi. O ile kabaretów nie lubię, pamiętam, że byłem kiedyś na jakimś ich amatorskim przeglądzie. Pośród występujących tam dziwnych stworzeń w powycieranych swetrach, najzabawniejsi byli co do zasady goście z dalekiej Zielonej Góry właśnie.


Na miejscu pomyślałem sobie, że gdybym stąd pochodził, kto wie, być może również miałbym jakieś poczucie humoru. Zielona Góra od początku mi się spodobała. Wydawała mi się miastem dobrym do życia. Odpowiadało mi w niej wszystko - rozmiary, bilans pomiędzy architekturą i terenami zielonymi, jak i jakość tej pierwszej. Miasto uniknęło podczas II WŚ jakichkolwiek zniszczeń, a więc jego śródmieście stanowi zwartą bryłę zabudowy, która niczym słoje drzewa pokazuje historię tego miejsca. Zielonej Górze brakuje jedynie “landmarku”, jakiegoś zabytku który by ją wyróżniał i kojarzył się z nią momentalnie.


A przepraszam, jest takie jedno miejsce. To Palmiarnia, zlokalizowana w gustownym budynku ze szkła i stali. Położona jest na wzgórzu porośniętym Parkiem Winnym, czyli - winoroślami. Spędziliśmy tam na początek kilka miłych chwil, popociliśmy się wśród palm, wypiliśmy poranną kawę numer dwa, a potem ruszyliśmy w dół, na spacer po Starym Mieście…


… który trwał i trwał, bo nigdzie nam się tego dnia nie spieszyło, a Zielona Góra zachęcała do wałęsania się po zaułkach i ocienionych drzewami deptakach. Ania odwiedziła kilka sklepów i jak zawsze “na prowincji” stwierdziła, że jest w nich zupełnie inny asortyment niż u nas. No nie wiem, wydaje mi się, że towary co najwyżej pochodzą z innej fabryki w Chinach… Usiedliśmy na drinku (oczywiście, bezalkoholowym), uśpiliśmy Gabę, co nie było łatwe, a na koniec, gdy zmęczyło nas słońce i duża porcja fizycznej aktywności, poszliśmy na obiad do knajpki o dużych aspiracjach. Te rozpoznaliśmy bezbłędnie po skandalicznie małych porcjach oraz po najdziwniejszej przystawce jaką kiedykolwiek jedliśmy. Był to kawałeczek sera, mniej więcej taki jaki kładzie się na pułapce na myszy, który podano w asyście dziwnego sosu o konsystencji gluta i JEDNEGO źdźbła zieleniny. To wszystko leżało sobie dumnie na grubym okrąglaku z drewna. Był to widok komiczny, tak komiczny, że ze śmiechu najpierw owe danie zjadłem, a dopiero potem zreflektowałem się, że powinienem je wpierw uwiecznić na zdjęciu. Opuszczaliśmy więc Zieloną Górę roześmiani, co jedynie potwierdza, że jest to miasto, które w dobry sposób działa na samopoczucie. Warto tu było przyjechać i warto tu będzie jeszcze kiedyś wrócić.
