sobota, 18 lipca 2015

18.07, Tour de Pologne, odsłona druga

Bardzo często wracam wspomnieniami do zeszłorocznych wakacji. Uważam je za wyjazd bliski ideału. Podobało mi się w nich niemalże wszystko - to że spędziłem je z rodziną, to że dzięki samochodowi byłem wolny, a nie zależny od masowego transportu, to że zobaczyliśmy wiele miejsc i że często zmienialiśmy miejsce pobytu, ale nie na tyle często, by było to męczące. Podobała mi się różnorodność i to, że odwiedziliśmy zarówno małe miasteczka, jak i wybrzeże Bałtyku, tak w wersji hałaśliwej (Władysławowo), jak i spokojnej (Piaski). Z tego wyjazdu zapamiętałem mnóstwo dobrych momentów: spacery wokół Zamku w Malborku, tamtejsze dziwne “Stare-nie-Stare Miasto”, klimat Fromborka, wody Zalewu Wiślanego szumiące tatarakiem, pustą plażę i … taką zapchaną, rodzinę dzików z Piasków, w końcu nasze spacery po gotyckim Chełmnie i wiele, wiele innych. Czułem się jak na wakacjach, o których marzyłem będąc dzieckiem i których nigdy jako dziecko nie zaznałem. To była dla mnie czysta radość, która nie licowała czasem z faktem, że wywoływała ją prozaiczna podróż po Polsce. Sprzyjała nam nawet pogoda, która przez całe dwa tygodnie była dla nas łaskawa.

Kiedy więc przyszła pora na podjęcie decyzji co do wakacji AD 2016, dosyć szybko doszedłem do wniosku, że to również będzie podróż po Polsce - nasze drugie wielkie Tour de Pologne. A rodzina mi tylko przytaknęła. Nikt z nas nie miał specjalnej ochoty na zagraniczny wyjazd. Planowanie trasy zajęło mi trochę czasu, ale gdy już spojrzałem na efekt mojej pracy, uwierzyłem, że będzie to eskapada godna swojej wielkiej poprzedniczki. Miałem nadzieję, że moja rodzina też będzie zadowolona.

Czułem się jak ClarkGriswold, grany przez Chevy Chase’a bohater filmów z serii “Wakacje w krzywym zwierciadle”. Podobnie jak on, robiłem wszystko, by moja rodzina była szczęśliwa i miałem wrażenie, że jest to czasem uszczęśliwianie na siłę. Uznałem to za zabawne, tym bardziej, że jest to jeden z moich ulubionych filmów, który pamiętam z dzieciństwa i nigdy, ale to nigdy nie spodziewałem się, że stanę się jakkolwiek podobny do maniakalnego ojca rodu Griswold.


***

Pierwszym etapem podróży był… tak, tak, dobrze myślicie. Dolny Śląsk. Znalazłem miły Gościniec pod Gruszą, położony tuż obok Świerzawy, miasteczka, które leży w połowie drogi między Jelenią Górą a Jaworem. Był to dobry punkt wypadowy w okoliczne atrakcje, których zresztą było co niemiara. Wiem, wiem. Nic to nikomu nie mówi - i oto chodziło, bo zależało mi właśnie na odkrywaniu takich zapomnianych miejsc.

W drogę mieliśmy ruszyć w piątek, ale moja praca mi na to nie pozwoliła, więc wyjechaliśmy dzień później. Te wakacje rozpoczynałem będąc w bardzo kiepskiej kondycji. Zarwane noce, tryb pracy po trzynaście i więcej godzin na dobę, nerwy związane z kolejnymi projektami - tak wyglądała moja codzienność i od załamania ratowało mnie jedynie to, że wysiłek ten nie szedł na marne, a wręcz odwrotnie, co chwila przynosił kolejne owoce. Mimo to, żegnałem się z biurem z poczuciem ogromnej ulgi ale i … winy, a przez pierwsze dni odczuwałem silny syndrom odstawienia pracy, skutkujący snami o niej i irracjonalnym strachem, że po powrocie… nie będę już w niej nikomu potrzebny. Bez sensu!

Tym razem na Śląsk jechaliśmy przez Łódź. W sobotę rano brzmiało to jak plan, który ma ręce i nogi. Oczywiście było zupełnie inaczej. Miasto to okazało się bowiem jednym, wielkim remontem. Kluczyłem po jego rozkopanych ulicach i za każdym razem, gdy już miałem nadzieję, że właśnie wyjeżdżam na prostą - okazywało się, że trafiam na kolejny objazd, który wrzucał mnie z powrotem w łódzką plątaninę. Kiedy już naprawdę udało się wyjechać z tego miasta czułem ogromną ulgę. A samą Łodzią byłem i przerażony i zafascynowany. Z pewnością to spotkanie wypadło lepiej niż nasz pierwszy kontakt. Pamiętam, że byłem niegdyś na wyjazdowym meczu Polonii z Widzewem, a tubylcy przez większość czasu obrzucali nas sektor kamieniami, a po ostatnim gwizdku proponowali nam odbycie stosunku seksualnego, opowiadając jaki pomysł mają na wspólną, upojną noc. Cytując Bogusława Lindę: “Łódź to miasto umarłe, miasto meneli”. Smutne, nieprawdziwe, ale coś w tym jednak jest.

Reszta trasy minęła spokojnie i popołudniem udało nam się dojechać na miejsce. Mili gospodarze anulowali nam za darmo pierwszą noc, czekali na nasz przyjazd i od razu otoczyli sympatyczną, nienachalną opieką. Gościniec od razu mi się spodobał. Mieścił się on w wyremontowanym XIX wiecznym budynku, na skraju niewielkiej wsi. Gdzieś na dole szumiała rzeczka, szczekały psy, brzęczał wysłużony traktor. Jednym słowem - słodka prowincja.


Rozłożyliśmy się w naszym dwupoziomowym (sic!) pokoju i stwierdziliśmy, że pora coś zjeść. Na obiad pojechaliśmy kawałek dalej, do polecanej restauracji, uznawanej za najlepszą w całej okolicy. Była ona położona w pięknym budynku, w równie pięknej okolicy. Menu było ciekawe, a gospodarze mili, ale to by było na tyle z rzeczy pozytywnych. Długo czekaliśmy na zamówione dania. To jeszcze byłem w stanie zrozumieć, ale kelnerka nas przez dobrą godzinę oszukiwała, co chwila mówiąc, że już przynosi, już właśnie idzie po nasz obiad. Po czym znikała na kwadrans, wracała i udawała, że nas nie widzi. Gdy w końcu przyszła nasza pora, zapomniała o moim zamówieniu. O mojej kawie również. I o kawie osób, które siedziały stolik obok. Nigdy nie widziałem tak nagromadzonej ludzkiej wściekłości, wywołanej tak błahymi powodami. Goście głośno komentowali wszystkie wpadki, narzekali na to, że kaczka była za twarda, dopominali się o swoje zamówienia… To było totalne nieporozumienie. Nawet ja czułem, że coś było nie tak, a jestem przecież osobą, której obce są takie "problemy pierwszego świata". Wyszliśmy stamtąd niepocieszeni i wymęczeni głodem oraz upałem. Temperatura sięgała trzydziestu pięciu stopni, więc zamiast zwiedzać, wróciliśmy do siebie, zrobiliśmy jeszcze małe zakupy spożywcze na kolację, a wieczorem siedzieliśmy na placu zabaw patrząc jak nasza pociecha odkrywa świat i cieszy się tym, że ma obok siebie oboje rodziców. To był początek długich wakacji i nic nie równa się temu wspaniałemu uczuciu, że jest się na początku przygody, a każdy dzień będzie inny.