
Zawsze chciałem odwiedzić to miasto. A przynajmniej od momentu, kiedy do moich rąk trafił archiwalny numer pewnego pisma podróżniczego rodem z bardzo głębokiego PRL-u. Na jego okładce pysznił się stargardzki Ratusz, kto wie czy nie najpiękniejszy tego typu budynek w całej Polsce - o pięknej, zdobnej fasadzie w lekko orientalne wzorki. Poza tym miasto to, mimo, iż w 1945 roku “przeżyło własną śmierć” znajduje się na Europejskim Szlaku Gotyku Ceglanego, co było dla mnie wystarczającą rekomendacją, by je kiedyś w końcu odwiedzić.
Jedyny raz podczas tych wakacji mieszkaliśmy w mieście. Nasz hotel znajdował się tuż przy Rynku, mieliśmy więc wszędzie blisko. Dawało to pewne nadzieje, np. te związane z posiłkami. Bo pisząc szczerze, przez pierwsze dni bywało z nimi różnie. Tym razem mieliśmy wszelkie dogodności miasta na wyciągnięcie ręki. Po kilku dniach “na prowincji” była to miła odmiana. Nasz przybytek, Hotel Grodzki, był miłym miejscem, jednak jak przystało na duże obiekty, zupełnie pozbawionym klimatu. Jego właściciel musiał być bardzo dumny z tego, że nocowało w nim wiele gwiazd. Ściany holu pełne były zdjęć upamiętniających najsłynniejszych gości. Zapamiętałem Stachurskiego i Piotra (?) Cyrwusa. Gdy widzę podobne galerie, a widzę je dosyć często, zawsze zastanawiam się czy ludzie naprawdę zwracają na to uwagę. Czy jakiekolwiek znaczenie ma dla nich to, że nocują w tym samym miejscu, w którym pięć lat temu przespał się wyleniały gwiazdor muzyki disco? Czy właściciele tych przybytków naprawdę uważają, że tego forma samochwalstwa przynosi im jakiekolwiek benefity? Czy ludzie zastanawiając się gdzie przenocować lub zjeść uroczysty obiad, podejmą decyzję na podstawie tego ile podobnych zdjęć znajduje się w holu danego przybytku? A może jest to po prostu pewna forma próżności - tak właścicieli, jak i ich gości, którzy dzięki temu czują się lepsi? Nie wiem. Mnie to trochę śmieszy, a trochę zawstydza, ale mam wrażenie, że ostatecznie jest to narzędzie skuteczne, a jaką wystawia to nam wszystkim laurkę, to już pozostawiam wszystkim do domysłu.
Rozpakowaliśmy manatki i ruszyliśmy na długi spacer. Rozpakowywanie to tak nota bene strasznie męcząca czynność. Nasz samochód wypchany był po brzegi bagażami. Jako, że w każdej torbie i walizce znajdowało się coś ważnego, za każdym razem musiałem przynosić ten cały majdan do naszego pokoju. A że niektóre rzeczy upchaliśmy w “bazarowe” torby, to niekiedy wyglądałem zabawnie taszcząc je na górę przez eleganckie wnętrza takiego miejsca jak Hotel Grodzki. Panowie z recepcji litościwie spuszczali wzrok, udając że mnie nie widzą. W końcu, nocował tu sam Stachurski, to jest przecież gwarancja jakiegoś poziomu, który ja, swoją bazarówką wypchaną pieluchami, gwałciłem na ich oczach!
Przez cały dzień wędrowaliśmy po Stargardzie, poznając jego zaułki. Jakie to miasto? Cóż, z całą pewnością - dziwne. Przypominało mi trochę Malbork i dzielnicę mieszkaniową obok Zamku, gdzie resztki gotyckiej zabudowy mieszały się z blokowiskami. Tu również mieliśmy do czynienia z podobną symbiozą dwóch epok ale na zupełnie inną, znacznie większą skalę.


Wojenną pożogę przetrwało w Stargardzie ponad dwadzieścia zabytkowych budynków. Niby niewiele, ale szczęście w nieszczęściu polega na tym, że są to wspaniałe pomniki gotyckiej architektury o ogromnej wartości historycznej. Niektóre z nich, na czele ze wspomnianym Ratuszem czy ogromną Kolegiatą Najświętszej Marii Panny Królowej Świata to dzieła imponujące, reprezentacyjne dla całego regionu Pomorza Zachodniego.




Inne są dużo skromniejsze, położone bardziej na uboczu, a czasem wręcz skryte, gdzieś za współczesną zabudową z betonu. Takie są chociażby budynki dawnego Arsenału, Spichlerza czy też Dom Klecanów, będący dzisiaj biblioteką publiczną. Ale wszystkie są co do zasady piękne, a ich wkomponowanie w PRL-owski modernizm “funkcjonalny” z jednej strony boli, a z drugiej, jest tak irracjonalny, że przez to ciekawy.


Chyba najdziwniej można się poczuć na Rynku. Z jednej strony, jeden z jego boków zamyka Ratusz oraz Odwach (czyli po prostu wartownia). Tuż obok zaczyna wyrastać ogrom Kolegiaty. Ale wystarczy się odwrócić, by zobaczyć, że cała reszta zabudowy to po prostu bloki - kolorowe, pastelowe, do tego, oblepione szyldami i reklamami. Są tak brzydkie, że wyglądają jakby same wstydziły się tego gdzie je postawiono.


Zachowało się w nim również wiele z miejskich baszt oraz bram, które niegdyś prowadziły do ukrytego za wielkimi murami miasta. Sąsiadują one z rozległymi terenami zielonymi, gdzie można odpocząć na ławce, tudzież puścić dziecko w objęcia kolejnego placu zabaw. Same obwarowania częściowo również przeżyły wojnę. Stworzono je by chronić miasto przed zniszczeniem, tymczasem historia potoczyła się tak, że miasto obrócono w gruzy, a mury, które miały do tego nie dopuścić, się ostały. Ot, paradoks, który zmusza do refleksji.


Stargard, jak przystało na Ziemię Odzyskane, trzeba było szybko “spolonizować”. Zostało po tym sporo śladów. Chociażby - nazwy ulic. Niby rzecz drobna, ale jakże wymowna. Jak w całej Polsce, ważne arterie upamiętniają Piłsudskiego czy też Marię Skłodowską-Curie, ale w ścisłym śródmieściu jest już silna nadreprezentacja ulic o piastowskim rodowodzie. Jest więc ulica Kazimierza Wielkiego, Łokietka, Mieszka I, Chrobrego, Krzywoustego, a nawet Popiela. W 1657 roku w mieście przebywały wojska Stefana Czarnieckiego. Wydarzenie to upamiętnia tablica pamiątkowa ufundowana trzysta lat później “przez społeczeństwo”.

Trochę to zabawne, bo Czarniecki zawitał do Stargardu w ramach swojej wyprawy odwetowej, podczas której pustoszył ze swoimi zagonami szwedzkie wtedy Pomorze. Jak znam życie, ówcześni mieszkańcy miasta raczej nie byli z tej jego wizyty radzi. Zaś przodkowie owych mieszczan, którzy w 1957 roku chcieli to zdarzenie upamiętnić, zapewne mieszkali wtedy na dalekich polach Litwy i Ukrainy. Ot, kolejny paradoks. Jak widać, spacery po Stargardzie zachęcały do rozmyślań. Nic więc dziwnego w tym, że bardzo Stargard polubiłem.
Niedaleko murów i ulicy Warownej, znaleźliśmy miłe “zagłębie” kilku barów i restauracji, gdzie można było w końcu coś zjeść. Muszę pochwalić to miasto raz jeszcze. Ceny były rozsądne, porcje duże i do tego smaczne. Wieczór domknęliśmy wizytą w hotelowej restauracji, gdzie usiedliśmy sobie na tarasie z widokiem na Rynek i oddawaliśmy się przyjemności jaką była konsumpcja lokalnych przekąsek w asyście rozbisurmanionego dziecka.
